piątek, 10 kwietnia 2015

Chodziło o miłość



Mój credencial 2014
Długo, długo zbierałam się do tego tekstu. Zaraz dojdziemy do Santiago i po prostu mi żal. Często trudno jest nam pożegnać coś, dać przeminąć i pójść dalej. Niepotrzebnie. I lepiej zbyt długo nie zwlekać, nie wstrzymywać biegu zdarzeń, bo potem trudniej ruszyć z miejsca, do którego przyzwyczaimy się w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. A wszystko potoczy się i tak, tyle, że bez naszego udziału. Bo przecież jeśli nawet opowiem Wam jak doszliśmy do św. Jakuba i skończyło się camino, to ta podróż wciąż jeszcze trwa. Mimo że o tym wiem, znajdowałam milion powodów, aby opóźnić ten moment, bo nie  potrafię sięgnąć myślą poza horyzont, zobaczyć, co  tam się wydarza. I nawet Małgorzata, jakby czując, co się ze mną dzieje nie upominała się o wpis na blogu. Ani Kuba, ani Doktor.
Zanim zacznę tę opowieść, mam dla Was kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze ten tekst będzie bardzo długi, z pewnością dłuższy niż zwykle. Po drugie – nie mam ani jednego zdjęcia sprzed katedry w Santiago. Nie zrobiłam takiego zdjęcia, nie umiałam, nie chciałam, nie potrafiłam …
Tak sobie ostatnio myślałam, że są rzeczy, których nie powinno się ani pokazywać, ani opisywać, trzeba je przeżyć. Poczuć. Dla mnie tym było właśnie przybycie do grobu Świętego Jakuba.
A było tak:
Ostatni nocleg przed Santiago spędzamy w nowiutkiej i prawie pustej alberdze, gdzie mamy dla siebie całe piętro. A ja dodatkowo – jako jedyna dziewczyna w drużynie mogę sama dysponować całą łazienką. Mam niewiele notatek z tego dnia w dzienniku, jakbym spieszyła się już do kolejnego, ale pamiętam, że długo jedliśmy kolację w pobliskiej restauracji, że potem, przed snem zaśmiewaliśmy się z wiesiowych opowieści i że następnego ranka do Santiago wyruszyliśmy tak wcześnie, że jeszcze było ciemno.
Idziemy gęsiego, świecimy telefonami pod nogi albo w poszukiwaniu żółtych strzałek. Tym razem maszerujemy całą drużyną i chyba wszyscy czujemy się podobnie, bo to właśnie dzisiaj się zdarzy - towarzyszy nam radosne oczekiwanie, podekscytowanie i taka maleńka szczypta niepewności, która podkreśla smak jak chili w czekoladzie. Kiedy robi się całkiem jasno, rozdzielamy się. Jak już możecie się domyślać – idę częściowo sama, a częściowo z Kubą. Nie pamiętam zbyt dobrze całej drogi (nie mam też zapisków w dzienniku), ale to, co mam teraz przed oczami bardzo mnie wzrusza i najchętniej odłożyłabym laptop, położyła się i obejrzała ten film, który wyświetla się w mojej głowie.
Oto wchodzimy z Kubą na przedmieścia Santiago. Kuba zauważa drogowskaz do kościoła Marii Magdaleny, przez chwilę mam nadzieję, że tam pójdziemy, ale chyba jest zbyt daleko poza szlakiem i nie zdecydujemy się na to. Zaraz potem przechodzimy koło centrum handlowego. Wchodzimy tam z kilku powodów, po pierwsze – toalety, po drugie – Kuba wpada na pomysł, żeby kupić szampana, którego otworzymy na Praza das Praterias przy fontannie. Ja mam ochotę kupić sobie jeszcze kosmetyki, puder, cienie do oczu, błyszczyk do ust, żeby u Jakuba dobrze się prezentować, ale widząc ceny w euro, rezygnuję. Mam nadzieję, że Jakub przyjmie mnie taką jaką jestem, z marszu. Kuba pakuje butelkę do plecaka i idziemy dalej. Dochodzimy do mostu położonego na wzgórzu, z którego widać panoramę Santiago i oczywiście katedrę. Patrzymy w jej stronę z dziwnym uczuciem radości, spełnienia i nostalgii, że to przemija …
Postanawiamy poczekać tu na resztę drużyny. Jest piękna pogoda, ciepło, ale nie upalnie, przed nami, nie tyle wspaniały, co ważny widok. Siedzę sobie obok człowieka, który towarzyszył mi w bardzo istotnej części mojego życia. Mam sporo różnych uczuć w sercu, więc czasem milczymy. Po tej całej drodze wiecie już, że z Kubą dobrze mi się rozmawia, ale także świetnie mi się z nim milczy. Milczymy sobie siedząc na moście, a ja myślę o tym, że jest już tak blisko do katedry, że gdybym teraz złamała nogę, to mogłabym się nawet doczołgać. Kuba śmieje się z tego i od czasu do czasu przerywamy milczenie rozmową jak to mieliśmy w zwyczaju przez wszystkie minione dni wędrówki. Teraz przypominając sobie ten moment, myślę, że jest tak wielka łagodność w tym obrazie, że świetnie mógłby służyć jako miejsce odpoczynku dla serca, gdy zmęczone jest zamętem i natłokiem zdarzeń.
W końcu pojawia się reszta drużyny i ruszamy dalej. Idziemy ulicami Santiago, na których z każdym krokiem jest coraz więcej pielgrzymów. Przechodzimy koło szpitala, gdzie ponoć pielgrzymi mogą leczyć się za darmo. Cieszę się, że nie muszę z tego korzystać. Idziemy dalej, wciąż mam uczucie, że jesteśmy tuż, tuż i zaraz, zaraz stanę przed Jakubem. Wiecie jak się czuję? Jak zakochana. Kłębowisko różnych uczuć, wrażeń, emocji, jak w sonecie Szekspira radość ze smutkiem biegną …
W końcu stajemy u drzwi. Nie wpuszczają nas z plecakami, siadamy na schodach. Czuję tak potworne zmęczenie, że wydaje mi się, że nie zrobię już ani jednego kroku, że nie jestem w stanie w ogóle się ruszyć. Ale, gdy Michał wydaje komendę, że dzielimy się na grupy i jedna wchodzi do środka, a druga zostaje z plecakami natychmiast odzyskuję wigor. Wchodzimy.
Nie pamiętam wnętrza katedry z tego dnia. Pamiętam wrażenie. I profil Kuby, klęczącego obok mnie. Klęczymy przy filarze, po prawej stronie nawy głównej, trzymam w rękach kopertę z intencjami. Nie myślę, nie modlę się, jestem. Płyną łzy. Niech sobie płyną, nie wycieram ich. Kuba spogląda na mnie, wstaje, dotyka mojego ramienia, takim wzruszającym gestem, trochę jakby mnie obejmował, a trochę jakby poklepywał po ramieniu. Wtedy szybko dziękuję Jakubowi, że tu doszłam, że przyniosłam intencje i za Kubę i całą chłopacką drużynę.
Podnoszę się z klęczek i podążam za Kubą do kaplicy. Tutaj dopiero zaczynam się modlić. I opowiadam całą  Drogę od mojej pierwszej wyprawy z poprzedniego roku, a potem proszę w intencjach, które niosłam, choć w większości przypadków nie znam ich treści. Kiedy siadam w ławce podchodzi do mnie Wiesiu i oferuje się zaprowadzić mnie do grobu św. Jakuba, abym tam mogła wrzucić swoje intencje, bo widział, że inni pielgrzymi tak robią. Schodzimy w dół i tam staję w kolejce przed kratą, w końcu wrzucam kopertę z intencjami. I znów czuję to samo – radość, spełnienie i smutek jednocześnie.
Teraz idziemy po Compostelę – nasze świadectwo dojścia do Santiago. Stoimy w długiej kolejce, mamy dużo czasu, więc sobie rozmawiamy, żartujemy, teraz zdecydowanie dominuje uczucie radości. W pewnym momencie Michał pyta:
- Magda, czy my wyglądamy na księży?
- Paweł tak, Wiesiu raczej też, ale Ty nie – odpowiadam.
- To źle – martwi się Michał – powinienem wyglądać
- Nie skończyłam – dodaję szybko – Ty wyglądasz na wojownika Jezusa.
- No to teraz mi powiedziałaś! – cieszy się.
I ja też się cieszę, bo to szczera prawda, choć miałam ochotę powiedzieć, że wygląda na komandosa Jezusa, ale bałam się, że nie wypada.
W końcu wszyscy otrzymujemy nasze compostele i kupujemy jeszcze tuby, żeby nam się świadectwa nie pogniotły. Pozwólcie, że przerwę na chwilkę to pisanie i pójdę odnaleźć swoją, bo od powrotu nie miałam jej w ręku. 
 
 
Ogromnie wzruszające. Oprócz Composteli, mam tu także mój credencial (który chyba nawet więcej dla mnie znaczy) i jeszcze coś – prezent, który w Santiago dostałam od mojej chłopackiej drużyny – niebieskie kolczyki i zawieszkę w kształcie muszli! Jakie cudowne może być życie! Chłopaki, dziękuję!
Potem dzieją się rzeczy, których nie potrafię już usystematyzować chronologicznie, ale kolejność zdarzeń przestaje tu mieć znaczenie. Ważne jest to, co się stało.
Jemy małże św. Jakuba podane w muszlach.
W sklepie z pamiątkami kupuję mnóstwo różańców.
Wręczam różańce chłopakom i wyznaję, że jeśli dotychczas myślałam coś złego o mężczyznach, to nie miałam racji, oni dowiedli, że mężczyźni są świetni.
I ostatnie moje ulubione wspomnienie. Opowiadałam Ci to już Doktorze, chyba nawet ze dwa razy, prawda? Polska alberga w Santiago. Kuba i ja dostajemy jeden pokój. Wyrzucamy z plecaków na łóżka nasze rzeczy. Dziś nie mam pojęcia po co, ale robimy tak piękny bałagan, że natychmiast dokonuję dokumentacji fotograficznej. Zupełnie tak samo jak na wyjazdach biegowych z Kajetanem.  A potem wykładamy się każde na swoim łóżku i rozmawiamy o miłości. Nie słyszymy nawet smsa, z informacją że mamy stawić się na kolacji, tylko leżymy i rozmawiamy.  Kołyszemy się w hamakach splecionych ze słów i uczuć, zapominamy o czasie i bożym świecie i sobie tak w tej naszej przestrzeni odpoczywamy po wspólnym wędrowaniu. Roztrząsamy tę miłość jakbyśmy wszystkie rozumy pozjadali, bo po prostu jeszcze nie wiemy, że mało wiemy …
Dla mnie ta niezwykła podróż rok wcześniej zaczęła się od miłości, na miłości też widać musi się skończyć. Dla przypomnienia – nie dość, że poróżniłam się z Kajetanem w sprawie miłości, to jeszcze wówczas wyruszyłam w intencji miłości. Teraz siedzimy tu w bałaganie, odprężeni, bo jesteśmy u celu i rozprawiamy o miłości, która ma spiąć to wszystko - początek i koniec – piękną ozdobną klamrą.
Lecz miłość jest nie do ogarnięcia i nie do opowiedzenia, po części bowiem tylko poznajemy, lecz kochać możemy już inaczej. Możemy poczuć tę Miłość i uczyć się w niej pozostawać, nawet, gdy wydaje się, że nic przed nami nie ma. W niej trwać, w niej się poruszać i w niej odpoczywać, z niej czerpać siłę, żeby iść dalej. Nie trzeba niczego szukać, ani za niczym gonić, ani planować, czy też stwarzać sposobności. Moje camino nauczyło mnie tego, że Miłość sama cię znajdzie. Tylko otwórz serce i Żyj.

*Dziękuję wszystkim, którzy dobrnęli do końca. Wiem, że to był spory podbieg/podjazd.
**Gdy pisałam ten tekst nieustannie w myślach i sercu towarzyszyli mi Małgorzata i Finn, Mariusz, Kuba i Kajetan. Wam chciałabym ten fragment ofiarować.
***Tytuł tego tekstu „Chodziło o miłość” to także tytuł książki  Roberta Rienta, która również wiąże się z Portugalią. Otóż kiedy opowiadałam Milenie, naszej tłumaczce, podczas mojego pierwszego pobytu w Portugalii o książkach, które napisałam, ona zrewanżowała mi się opowieścią o swoim znajomym Robercie i jego książce. Ja jej jeszcze nie przeczytałam, ale obiecuję to zrobić i Was o tym powiadomić.



sobota, 21 marca 2015

Gdzie my właściwie idziemy?



dekoracja z muszli na Drodze

Kiedy siadłam do nowej notki na bloga, przyszedł sms od Kuby – A gdzie my właściwie  idziemy? Kuba oczywiście metaforycznie pytał mnie o czym będę pisać. To dobre pytanie na teraz, bo – po pierwsze zaraz dojedziemy do Santiago, a po drugie – kazało mi się zastanowić nad powiedzeniem, które często się przywołuje w kontekście camino -  nie ważny jest cel, lecz droga. To prawda, wiem o tym bardzo dobrze, a jednak jakubowe pytanie sprawiło, że zaczęłam drążyć, co mnie tak w tej sentencji uwiera, mimo że na pozór brzmi pięknie. Odpowiedź jest banalna – jeśli nie wiesz gdzie jest meta, masz marne szanse, żeby do niej dobiec. Musimy mieć wyznaczony cel, żeby wiedzieć po co i gdzie idziemy. Dlatego właśnie podążamy do Santiago, a nie po prostu gdziekolwiek przed siebie. Wyznaczyć cel, a potem skupić się na drodze – takie jest nasze zadanie. A dzielnie jej na etapy też nie  będzie od rzeczy, bo pozwoli cieszyć się każdą częścią drogi. Na naszym przedostatnim etapie było tak:
Z samego rana idziemy przez las. Idę sama. Nie widzę nikogo przed sobą, ani za sobą. Dlatego, gdy nie jestem pewna, co pokazuje strzałka, nie mam kogo zapytać i gubię szlak. Skręcam w lewo, choć powinnam iść dalej prosto i wchodzę w las. Jest tu bardzo przyjemnie, drzewa nie rosną gęsto i gdzieniegdzie widać polne kwiaty, słońce poranne jeszcze  niezbyt ostre, ale ciepłe. Idę bez lęku dość długo, zanim orientuje się, że to nie może być ta droga, bo nie ma w ogóle strzałek. Wracam. Gdy wychodzę z lasu spotykam Michała i Pawła. Idziemy chwilkę razem, ale potem przyspieszam i znowu idę sama. Wędruję tak aż do postoju, gdzie spotykamy się wszyscy, żeby coś zjeść. Dzisiaj są urodziny Zuzanny, więc cała drużyna śpiewa jej sto lat do telefonu.
Tu można kupić caminowe muszle
W dalszą drogę wyruszam z Wiesiem. Idziemy wolno, bo ma bardzo obolałe i spuchnięte stopy.  Często przystajemy i siadamy przy drodze. Rozmawiamy. Wiesiu jest pełen zgodny na to, co się ludziom w życiu przydarza. Jestem mu wdzięczna. Potrzebuję tego zrozumienia i przygarnięcia właśnie tutaj na drodze. Pamiętam wszystko jakby to było dziś - piękna pogoda, taka złota i melodyjna od śpiewu ptaków i odgłosów owadów. Przysiadamy na niskim murku na rozstajach dróg i odmawiamy brewiarz na dwa głosy. Psalmy w tych okolicznościach są radością i uwielbieniem wszelkiego stworzenia, jak to wspaniale że jest świat i ja także wraz z moją chłopacka drużyną zostałam ocalona od nieobecności tutaj i teraz! A dodatkowo  mam równy udział w odmawianiu modlitwy z księdzem! Czy nie o to właśnie mi chodziło?!
Wędrowanie z Wiesiem jest przyjemne, ale także męczące, trudno mi się zmusić do tego spacerowego kroku, kiedy wyobrażę sobie jak Kuba gna do przodu. Zresztą wkrótce okaże się, że wszyscy czekają na nas przed pełną po brzegi albergą w Pontevedra. Nie mamy gdzie nocować.  Wyruszamy dalej, w stronę centrum, żeby znaleźć hostel albo jakikolwiek inny nocleg. Po długotrwałych wewnątrz drużynowych negocjacjach i wielu rozmowach telefonicznych (z których jedna z niewiadomych powodów odbyła się z recepcją hostelu w Portugali) lądujemy w centrum pielgrzymkowym Matki Boskiej Fatimskiej. Księża biorą jeden pokój, a ja z Wojtkami i Kubą drugi. Jak zawsze każdy z nas wchodzi pod prysznic, a potem wyruszamy do miasta, żeby coś zjeść. I tu czeka nas niesamowite zaskoczenie – absolutnie wszystkie kawiarnie, ławki, trawniki i chodniki są co do centymetra zajęte przez grupki młodzieży. Gdy pytamy kelnerkę, o co chodzi, okazuje się, że to jakaś forma świętowania, czyli mówiąc wprost imprezowania na ulicy. W związku z tym trudno znaleźć gdzieś miejsce, oddalamy się więc nieco od głównego placu i zapuszczamy w wąskie uliczki, gdzie trzeba lawirować pomiędzy kawiarnianymi stolikami. Wiesiu zaprasza nas na kolację zdaniem, które wszyscy weźmiemy sobie do serca: nigdy nie będziecie pamiętać, że 9 sierpnia mieliście 800 złotych, ale że zjedliście wspaniałą kolację z przyjaciółmi zapamiętacie na zawsze. Kolacja jest rzeczywiście wspaniała, ja i Kuba zamawiamy przegrzebki czyli małże św. Jakuba. Są w małej miseczce i wyglądają jakby nie dały rady zaspokoić pielgrzymkowego głodu, ale okazują się naprawdę bardzo sycące i przepyszne. I dobre dla sportowców, zjadamy więc z apatytem i przyglądamy się tej barwnej i głośnej hiszpańskiej ulicy. Odpoczywamy.
przydrożna kapliczka z pamiątkami pielgrzymów
Już w pokoju rozmawiamy w ciemnościach. Wojtek młodszy opowiada o muzyce, pięknie opowiada, ale ja bardziej przysłuchuję się własnym myślom, które wyruszyły już w dalszą drogę. Niedługo pielgrzymka się skończy. Być może właśnie teraz pierwszy raz myślę, że tym razem dojdę do Santiago, zaniosę intencje przyjaciół i znajomych do grobu św. Jakuba. To jest mój cel. Gdy było ciężko napisałam na facebooku – to nie ja niosę intencje, to one niosą mnie – to była moja droga. Chłopcy wciąż rozprawiają o czymś, wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – ich obecność jest dla mnie wielką przyjemnością i podarunkiem. Dziś wciąż jeszcze z tego czerpię, bo ten podarunek okazał się paczką, w której schowane jest mniejsze pudełko, a w nim …
Tego jeszcze nie wiem. Nie wszystko jednak musimy wiedzieć od razu, często najpierw trzeba przejść swoje.



piątek, 6 marca 2015

Zamęt, chaos i bałagan



Często, w różnych okolicznościach myślę o tym, jaki będzie nowy wpis na blogu, czasami myślę o tym podczas biegania, a niekiedy już w łóżku przed zaśnięciem. Ale nigdy dotąd nie czułam presji, że coś muszę wymyślić i to już. Tym razem było trochę inaczej niż zwykle, bo kilka osób zapytało mnie o czym i kiedy będzie nowy post. Ja jednak nie miałam pojęcia. Spięłam się.  Od kilku dni w raczkującej panice szukałam jakiegoś punktu zaczepienia. A ponieważ w ostatnim czasie wydarzyło się kilka caminowo – portugalskich rzeczy to próbowałam je jakoś połączyć, ale nic z tego nie wychodziło, bo dla utrudnienia wszystko było przyprawione sporą dawką emocji. Za dużo myśli miałam naraz na  myśli – jak mówi Doktor.  Wiecie jak to jest - panika jest matką zamętu. Im bardziej chcesz znaleźć rozwiązanie, tym bardziej nic z tego nie wychodzi. Tak właśnie było w tym przypadku. Zaczynało już być groźnie, bo mącił mi się obraz rzeczywistości z imaginacjami mojego strachu. To znaczy to co myślałam wewnątrz brałam za istniejące w zewnętrznej rzeczywistości.
Aż do momentu, gdy Małgorzata nie zaczęła domagać się publicznie nowego wpisu, dołączył do niej Kuba, a Doktor starał się mnie podobno wybronić, ale i tak wdał się w dyskusję.  Tłumaczyłam się zamętem w głowie, lecz mój powód blogowego opóźnienia, dzięki tej trójce okazał się zalążkiem nowego tekstu. Bo pierwszy krok – to przyznać się do zamętu, w sercu i w głowie, drugi – włożyć biegówki, a trzeci – ruszyć z miejsca, a wtedy wszystko się ułoży. (Myślę, że rower też zadziała). Zaplanowałam, że tego dnia przebiegnę 20 km, bo prezes drużyny ma wobec mnie bardzo ambitne plany. Trzeba trenować. Włożyłam więc buty, pobiegłam i było tak:
Robię małą rozgrzewkę. Dwie pętelki koło parku. Czuję się dobrze, choć zdaję sobie sprawę, że za mało dziś zjadłam. Staję na linii startu, którą sama sobie wyznaczyłam na początku ulicy. Podskakuję kilka razy jak na zawodach, wrzucam do serca intencję, bo wiem, że ona pomoże mi skończyć ten bieg. Ruszam. Kilkadziesiąt metrów biegnę bez wysiłku, ale szybko zaczyna mnie boleć prawe kolano. Próbuję to zignorować, ale jakaś część mnie, albo nie chce biec, albo sabotuje moje wysiłki, bo słyszę w głowie: masz już jedną endo, to możesz mieć drugą, nie powinnaś biec, trzeba sprawdzić dlaczego boli …
Zastanawiam się chwilę - przed biegiem przecież mnie nie bolało, biegnę raptem 10 minut, nic się nie mogło stać. Postanawiam się skupić na czym innym. Przypominam sobie sobotnie spotkanie naszej caminowej drużyny u księdza Michała. Jedliśmy pizze i oglądali wojtkowy film, o którym Wam już pisałam. Żartowaliśmy i raz po raz powtarzali, a pamiętacie? A pamiętacie? Śmialiśmy się tak głośno, że proboszcz z pewnością nie mógł spać. Wspominaliśmy i cieszyliśmy się sobą. Ale oprócz tamtych obrazów, była we mnie tęsknota i poczucie, że takie wspaniałe camino już nigdy się nie powtórzy. Tego dnia wróciłam bardzo późno do domu, a gdy Zuzanna pokazała mi niespodziankę, którą dla mnie przygotowała płakałam ze wzruszenia i z nadmiaru uczuć, które już na spotkaniu mną zawładnęły. Dlaczego tak mocno to wszystko czułam? Dziś myślę, że chodzi po prostu o bliskość z drugim człowiekiem, o wzajemną intymną relację, którą nawiązuje się z potrzeby obu stron. O tę wzruszającą pewność, że drugi człowiek, czuje podobnie i przygotował nam miejsce w swoim sercu.
 
Okładka płyty z autografem Any
Scena po koncercie
Przypominam sobie to wszystko i biegnę dalej, ale znowu ta moja wewnętrzna sabotażystka szepce mi do ucha, że wciąż nie mam pomysłu na wpis, a wtedy czuję, że całą prawą stronę ciała mam spiętą, boli mnie udo i stopa. To pewnie powięź. Już raz tak miałam. Sabotażystka zaciera ręce i mówi – wiesz, że nie możesz dalej biec, musisz wrócić, odpocząć, iść na masaż i dopiero wrócić do biegania. Przechodzę na chwilę do marszu, ale ja bardzo chcę przebiec te 20 kilometrów, poza tym mam intencję, a na niej mi szczególnie zleży. Bardzo. Biegnę dalej i myślę, że przecież nie zawsze biegnie się dobrze, czasem jest ciężko. Tak to po prostu jest. Muszę skupić myśli na czym innym. Wracam więc do koncertu Any Moury, na którym byłam we Wrocławiu. To spełnione marzenie. Skreślone z listy marzeń dzięki Doktorowi i Kubie. Tak, tak, byłam tam naprawdę, zanurzona w dźwiękach fado.  To wydarzenie to było coś więcej niż koncert, pokazało, że marzenia naprawdę się spełniają. Emocje, które mi wówczas towarzyszyły … no cóż znowu musiałam wypłakać.
Synagoga, w której odbywał się koncert
Teraz biegnę, biegnę, zaczynają boleć mnie łydki i …. Jejku, muszę do toalety, to mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło! Biegnę i myślę, co ja mam zrobić. Może faktycznie wrócę do domu? A przebiegnę ten dystans jutro, przecież to nie zawody … sabotażystka znajduje wciąż nowe argumenty. Ale ja sobie zaplanowałam, że zrobię to dziś, a poza tym biegnę w intencji, a chcę tego, chcę tego jak cholera! Więc gdy widzę stację benzynową zbiegam na chwilkę z trasy.
Po dwóch minutach biegnę dalej. Po mojej lewej stronie powoli zachodzi słońce, spoglądam na czerwoną kulę pomiędzy lasem a polem. Jak pięknie. Wiosennie pachnie ziemią i słyszę ptaki w zaroślach. Wybiegłam już z miasta. Nagle spostrzegam, że nic mnie nie boli, a nogi dosłownie same mnie niosą. Jak przyjemnie! Jest moc! A jeśli to Życie albo po prostu Anioł Stróż sprawdza, czy ja naprawdę tego chcę? I stąd te trudności – myślę. Jeśli nie spasujesz, nie odpuścisz, pokazujesz, że chcesz i wtedy to dostaniesz. Na samą myśl, że dostanę, to, czego pragnę – biegnę szybciej. Jak wspaniale mi się biegnie, jaka jestem silna! Oto zobaczcie wszystkie małe wewnętrzne sabotażystki, Aniołowie i wszyscy Święci jak ja chcę! Jak daję radę! Jak pokonuję trudności!
Te drugie dziesięć kilometrów biegnę z taką radością jakbym dostała już to, czego pragnę. Czy jestem zmęczona? Oczywiście. Ale jaka szczęśliwa!
W domu rozciągam się jeszcze, a potem kładę na podłodze i rozmyślam. Zamęt pochodzi z tego, że opieramy się sercu, że nie ma spójności pomiędzy pragnieniami i czynami, ponieważ boimy się robić to, czego pragniemy. Chcemy czegoś, ale robimy, co innego, najczęściej ze strachu, przed zmianą, krytyką, wyśmianiem, odrzuceniem, poczuciem winy. Jeśli na to nałożą się jeszcze oczekiwania innych ludzi, a my będziemy chcieli im dogodzić powstanie chaos. Kompletny chaos w głowie i sercu. Żeby ruszyć dalej trzeba posprzątać ten cały bałagan. Poukładać. Wrócić do serca. Wiedzieć, czego pragniemy i krok za krokiem walczyć o to. Czasami, jeśli nie najczęściej  - z samym sobą. 

Małgorzata, Kuba, Mariusz – tytuł jest Wasz.Dzięki.

Kuba wybacz, że trochę, go ugrzeczniłam ;) 


Małgorzata – wpis jest dla Ciebie, Ty chciałaś o zamęcie.

czwartek, 26 lutego 2015

Podszewkowy dzień



Tablica pod figurą Marii Magdaleny *

Dzień, o którym będę dzisiaj pisać był bardzo trudny, ale gdy go wspominam przychodzi mi do głowy fraza - mistyka codzienności. Chodzi mi o to, że piękno i boży zamysł jest także w tym, co niełatwe, czasami ciężkie, w tym co pozornie wydaje się nieatrakcyjne i brzydkie. Często mamy pokusę, aby  taką właśnie część naszej drogi – także w sensie metaforycznym, jako część życia – potraktować jako etap przejściowy, przygotowanie do czegoś innego, tego właściwego. Mamy ochotę wziąć to na przeczekanie, pozostawić samemu sobie, byle przeminęło. Jednak nie można dać się zwieść tym chęciom, na camino wyraźnie widać, że jest to równorzędny etap wobec tych, które chcielibyśmy uważać ze piękne i ważne. Co więcej - on też jest wspaniały – ale od strony podszewki. Tego podszewkowego dnia było tak: 

Od rana pada drobny deszcz, to właściwie nie deszcz lecz oblepiająca wszystko wilgoć.  Nad górami widać kłęby mgły. Brakuje słońca, niebo ma ołowiany kolor. W ostatnim miasteczku w Portugalii, przez które przechodzimy jest chyba jakieś kapeluszowe święto, bo wszędzie na ulicach zawieszono  dekoracje z kapeluszy. Gdy dochodzimy do granicy portugalsko-hiszpańskiej zaczyna padać. Robimy sobie tu zdjęcie – będzie to jedyna fotografia z naszego camino, na której jesteśmy całą drużyną. Wkładam kurtkę przeciwdeszczową, ale szybko z niej rezygnuję, bo jest strasznie duszno i wolę już ten deszcz, niż spływający mi po plecach pot. Przechodzimy przez most pomiędzy Portugalią i Hiszpanią i jest mi trochę smutno, że to już, że skończył się mój pobyt w Portugalii.  Na szczęście wciąż jeszcze trwa camino.
Magda i jej chłopacka drużyna
 Teraz  idę już tylko z Kubą, rozmawiamy i śmiejemy się jak zwykle.  Pamiętam, że zatrzymujemy się na kanapki, które przedsiębiorcza Hiszpanka sprzedaje w garażu w swoim ogrodzie. Są przepyszne, z żółtym serem i szynką parmeńską. Zabawimy tu jakiś czas, bo Kuba przekomarza się z kobietą w języku polsko-hiszpańskim. Tutaj też dołączy do nas Wojtek młodszy, z którym ruszymy dalej. Szybko wychodzimy z miasteczka i zaczynamy wędrówkę przez tereny przemysłowe.  Mijamy jakieś fabryki, ogromne hale, otoczone ogrodzeniami z siatki. Co tu dużo mówić jest po prostu brzydko. Gdy myślę o tamtym dniu przed oczami widzę brudno-żółte ściany, asfalt pod stopami, hałas przejeżdżających samochodów i padający nieustannie deszcz.  Chcielibyśmy się gdzieś zatrzymać, chwilkę odpocząć, ale nie ma ani gdzie, ani jak. Gdy przy drodze pojawia się sklep z artykułami budowlanymi postanawiamy schować się choć na moment pod zadaszeniem, gdzie stoją wystawione kominki ogrodowe, stoliki i węgiel do grilla. Zastanawiamy się, czy wypada wejść do sklepu i zapytać o możliwość skorzystania z toalety i w końcu decydujemy, że tak, bo raczej nie widać innych perspektyw. Sprzedawcy są dla nas mili i częstują nas wodą, ale szybko musimy opuścić sklep, bo właśnie zaczyna się sjesta. A sjesta - wiadomo - w Hiszpanii rzecz święta. Przy drodze nie możemy usiąść, bo pada, choć właściwie nie, teraz już nie pada, teraz leje. Mam już wszystko mokre, a buty są ciężkie od wody. Martwię się, bo nie mam drugiej pary na zmianę. Ale wiecie jak to jest, wkrótce to zmartwienie okaże się nie warte nawet jednej myśli, bo zacznie padać tak bardzo, że nie będzie się dało iść i schowamy się przed deszczem na przystanku autobusowym. Ale nie można przecież stać i czekać w nieskończoność. Deszcz pada jak padał, musimy dalej ruszać. Kuba wyrusza pierwszy, idzie szybko. Ja za nim, nic nie widzę przez ścianę deszczu. Nie potrafię ocenić nawet w jakiej odległości przede mną jest Kuba. Na dodatek idę z pochyloną głową, żeby krople nie spływały mi do oczu. Za mną Wojtek, ale jego też nie widać zza deszczu i mgły. Nie ma tu więcej nikogo, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chodzi w takiej ulewie. Czasami tylko przejeżdża samochód. I choć wiem, że chłopaki przecież gdzieś tu są, czuję się potwornie sama i zdana na siebie. Chyba po raz pierwszy na tym camino. Droga wydaje mi się strasznie długa, chciałabym widzieć przed sobą turkusową koszulkę Kuby, żeby nie szukać żółtych strzałek, które jakby się gdzieś skryły, ale nie mogę jej wypatrzyć. Zamiast tego dostrzegam parę pielgrzymów, chłopaka w kurtce i kobietę w różowej pelerynie – ale prawdę mówiąc dziś już nie mam pewności, czy to prawdziwe wspomnienie czy wyobraźnia płata mi figle. Gdy ich wymijam, znowu długo idę sama. Czuję niepokój, bo nie mam pojęcia gdzie jest alberga! Nie znam nawet nazwy miejscowości, w której mam się zatrzymać, bo przecież zakładałam, że idę z Kubą. Jest bardzo ponuro i to wzmaga uczucie niepokoju. Teraz, gdy piszę ten tekst wydaje mi się, że robiłam zdjęcia figury Marii Magdaleny stojącej na poboczu, ale i w tym przypadku nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Mam wrażenie, że moja święta patronka i apostołka, chce mi dać choć cień poczucia pewności, że wszystko będzie dobrze.  (Gdy skończę pisać poszukam zdjęć, może one coś wyjaśnią). Ten dzień toczy się gdzieś na pograniczu rzeczywistości, wyobraźni,  lęku i niewiadomego. I choć niewiadome zawsze nam towarzyszy są chwile, gdy doskwiera bardziej.  Tym razem nie tylko muszę zaufać Świętemu Jakubowi, ja mu muszę to wszystko oddać. W końcu docieram do miasteczka i słyszę gwar! Rozmowy, a nawet śmiechy! Ale nie wiem gdzie jestem, nie mam pojęcia, że dotarłam na miejsce. Idę dalej. Dopiero, gdy słyszę za plecami wołanie Kuby, przystaję i oddycham z ulgą. Stajemy w korytarzu restauracji i Kuba oświadcza:
- Nie ma wolnych miejsc w alberdze! – zawiesza głos, a ja mam nadzieję, że ta teatralna pauza oznacza coś dobrego. I rzeczywiście:
- Ale załatwiłem nam nocleg u właścicielki restauracji w domu – oświadcza z dumą.
Figura Marii Magdaleny (?)
Ma być z czego dumny. Znowu nas uratował! Gdy dociera tu młody Wojtek idziemy się zakwaterować. Zdejmuję buty i Kuba w mig załatwia elektryczny kaloryfer, na którym całą noc będą się suszyć nasze mokre rzeczy. Od tego momentu jest już tylko wesoło. Kuba znowu prowadzi konwersacje w języku polsko-hiszpańskim, a kobieta  raz po raz powtarza „bum, bum”, co doprowadza mnie do łez ze śmiechu. Wszystko jest na filmie, który nagrywał Wojtek. Potem idę się wykąpać, wyleguję się w wannie i zużywam chłopakom całą gorącą wodę.
- Seniorita! Seniorita! – beszta mnie nasza gospodyni podkładając rękę pod głowę i pokazuje całym ciałem jak to po królewsku i beztrosko wykorzystałam łazienkę.  Tej nocy śpimy w łóżkach z prawdziwą, czystą, świeżą pościelą. Taka nagroda, choć nikt jej nie oczekiwał. Buty wyschną do rana. Będą suche do podszewki.

PS Znalazłam zdjęcia z figurą Marii Magdaleny, a więc jednak, wygląda na to, że była tam i wspierała mnie wtedy.  Choć z drugiej strony po świętych można spodziewać się naprawdę najdziwniejszych pomysłów. Nie bez kozery mówi się o nich, że to szaleńcy. Boży. 

* napis w galicyjskim głosi chyba mniej więcej - Źródło Marii Magdaleny prowadzi ścieżką przez ciemne niebo  pielgrzymów ze wszystkich stron świata prosto do Santiago. 
Takie podszyte gnozą.