Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różaniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różaniec. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2016

Gdy jest ciężko, idź dalej



wyschłe pola po drodze

Nic nie wskazywało, że to będzie trudny dzień. Czasami wyłuskujemy z rzeczywistości znaki, które opatrujemy czarną wstążką zagrożenia, przygotowując się na to, co ma nadejść, chcielibyśmy, aby nam ta magiczna czynność dodała czujności i sił. A gdy nieprzygotowani staniemy przed trudnościami, szeroko ze zdumienia otwieramy oczy i mamy ochotę osunąć się na ziemię jak szmaciana kukiełka i utopić w potoku własnych łez. Albo też ciągnięci siłą rozpędu, brniemy naprzód ku swojemu nieopisanemu zdumieniu, że możemy w ogóle się poruszać.  U celu zaś czeka zwykle nagroda w postaci odzyskania sił. 

Idziemy w kierunku Castro Verde. Myślę dziś o tym, że w ludziach, których spotkamy w życiu, zostawiamy jakiś ślad. Oby to był kwiat, a nie cierń. Tak sobie metaforyzuję, bo jeszcze czuję poranną energię. Krajobraz to teraz wyschłe pola, które budzą niepokój, jakiś nieokreślony lęk. Trawy na poboczu są bardzo ostre i kaleczą łydki, nie ma jak usiąść, żeby odpocząć. Jestem coraz bardziej zmęczona, kręci mi się w głowie, czasami wydaje mi się, że zasypiam idąc. Na nogach mam obrzęki, zadrapania od tych kłujących traw i piekący rumień od gorącego asfaltu. Naciągam skarpety najwyżej jak się da. Z każdym krokiem nogi bolą mnie coraz bardziej od palców aż do samej endoprotezy. Uporczywe słońce nie daje wytchnienia, marzę o białej bluzce z długim rękawem, żeby się ochronić. Za chwilę nie będę już o tym myśleć, bo zabraknie mi wody. Dziś jest niedziela to najgorszy dzień na pielgrzymowanie, sklepy pozamykane, nic nie można kupić. Usta mam białe i spierzchnięte. Rozglądam się za jakimś kranikiem przydrożnym, ale nie ma nic. Pocieszam się, że ta droga prowadzi do Aljustrel i prędzej czy później przecież tam dojdę.  Martwię się o Dob, dzwonię, ale nie odbiera.
Widzę jakieś zabudowania w oddali, jest więc nadzieja na wodę. O, jakże rozumiem teraz co znaczy woda żywa! Jak bardzo jestem spragniona! Oblizuję wargi, ale są całkowicie suche i i dotyk języka podrażnia i sprawia ból. Chcę pić! Boże! Chcę pić! Choć odrobinę!
Idę jak kaczka rozkładając stopy na boki. Nigdy jeszcze tak się nie czułam. Podtrzymuję plecak rękami, bo tak strasznie mi ciąży. W głowie  mam jednocześnie dwie myśli, dwie myśli nakładające się na siebie – „ja nie dojdę” oraz „muszę dojść”. Człapię noga za nogą jakbym poruszała się w gorącej smole. Składam św. Jakubowi obietnicę JEŚLI DOTRĘ DO SANTIAGO, BĘDĘ PROPAGOWAĆ SZLAK NA CAŁYM ŚWIECIE. Urywaną modlitwą przesuwam w dłoni koraliki różańca. Chcę pić …
owce stoją nieruchomo w mizernym cieniu drzew
Nagle dostrzegam znak, że niedaleko jest stacja benzynowa. Już czuję na języku smak zimnej coca-coli… Ale, gdy dochodzę tam, okazuje się, że stacja jest zamknięta. Muszę iść dalej, wyciągam z plecaka pustą butelkę i postanawiam wejść do pierwszego domu i poprosić o wodę. Ale tu nie ma żadnych domów. Muszę iść. Na rondzie skręcam w prawo, mimo że droga do Aljustrel wiedzie prosto, bo wydaje mi się, że widzę wystawione na chodnik stoliki. To może być restauracja! I rzeczywiście jest. Zamknięta na cztery spusty. Siadam przy stoliku, ściągam plecak i zastanawiam się, co zrobić. I wtedy do stolika obok podchodzi niska, pulchna kobieta w różowej sukience, w kapciach i z telefonem w ręku. Wygląda tak dziwacznie, że nie jestem pewna, czy to rzeczywistość, czy zwidy. Mówię, że potrzebuję wody, lecz ona tylko kręci głową wprawiając w ruch ciemne loki, które teraz zakrywają jej policzki:
- Zamknięte – mówi wskazując wyciągniętą ręką na drzwi – fechado – uśmiecha się niepewnie i robi gest jakby chciała wrócić do wirtualnej rozmowy na swoim smartfonie, ale nie pozwalam jej na to.
- Wiem – mówię szybko – proszę, niech Pani da mi wody! Bardzo chce mi się pić!
Kobieta bierze ode mnie butelkę i odchodzi. Po chwili wyłania się zza rogu z moją małą napełnioną butelką i drugą wielką butlą pełną zmrożonej wody mineralnej.
Dziękuję jej i obiecuję modlitwę. Przytulamy się i ruszam dalej drogą w kierunku miasta. Nie ujdę nawet ośmiuset metrów, gdy okaże się, że jest tu druga, otwarta stacja benzynowa pełna lodówek z najróżniejszymi napojami. Zatrzymuję się na chwilę … gdyby to człowiek wiedział, co będzie za zakrętem – myślę sobie i idę dalej. Do strażaków. Bombeiros. Zamierzam ich poprosić o nocleg.
W dyżurce wita mnie młody strażak, a gdy wyłuszczam, o co chodzi, prowadzi mnie od razu do pokoju, w którym będę dziś spała. Są tu dwa łóżka, jedno ogromne łoże i pojedynczy tapczan. Kiedy Dob już tu dotrze, to królewskie przydzieli mnie jako nagrodę za znalezienie noclegu. I będzie to także chyba trochę takie załagodzenie napięć z całego dnia. 

sypialnia w Aljustrel
Dzisiaj jest też ciężki dzień w naszej wzajemnej relacji. Mam pretensję do Dob, że nie informuje mnie, co się z nią dzieje. Nie wiem, czy powinnam po nią wracać, czy zostać na miejscu. W końcu decyduję się podejść na rogatki miasta i tam zaczekać. Dob jest jakieś osiem kilometrów od celu i boję się, że te dodatkowe 16 kilometrów byłby już dla mnie nie do przejścia.  

Gdy opisuję teraz te zdarzenia i patrzę na nie z perspektywy czasu, wiem, że ten dzień był dniem przełomowym. Nie tylko ze względu na ten wielki fizyczny wysiłek, ale i podjętą wówczas decyzję. Wtedy zdarzyło się coś jeszcze: Dob kupiła dla mnie czekoladę i włożyła do mojej torebki. Nie uszczknęłam z niej ani kawałka i zapomniałam, że w ogóle ją mam. A tabliczka zmieniła się w czekoladę na gorąco, zagarniając wszystko w swoje słodkie wnętrze, w tym także ładowarkę do telefonu.
Tego popołudnia stanęłam przed decyzją, co zrobię jeśli zostanę bez smartfona i jeśli Dob zrezygnuje lub pójdzie inną drogą. I odpowiedziałam sobie, że ja pójdę dalej. 


Po prostu, podjęłam postanowienie, żeby dalej iść.  

środa, 2 listopada 2016

Sami wybierzcie




Mam wielką chęć i pokusę, żeby nadać temu tekstowi jakiś zabawny i inteligentny tytuł, bo bohaterem będzie Almodovar i Różaniec czyli Rosario. Z pokorą muszę jednak przyznać, że nic satysfakcjonującego nie przychodzi mi do głowy. No może poza  - „Dlaczego Różaniec jest lepszy niż Almodovar?” Pewnie już tak zostanie, chyba że nim dojdę do końca wymyślę coś lepszego. Teraz jednak przypominając sobie tamten dzień przeczytałam moje zapiski w pamiętniku. Już na samym początku jest zdanie – dla mnie to camino to wielkie misterium … czytam chciwie dalej o rzeczach które już zapomniałam:
Wyruszamy rankiem, jest wietrznie i pochmurno – to dobra pogoda do wędrowania. Droga znów wiedzie przez góry. Idę i modlę się na różańcu, tęsknię bardzo za moim przyjacielem, za kimś kogo już nie ma w moim życiu. Mijający mnie na stromym podejściu kolarz, pyta czy wszystko w porządku. Odpowiadam, że tak i uśmiecham się do niego. Gdy podnosi kciuk w górę, mam ochotę wybuchnąć płaczem albo rzucić mu się w ramiona. Tak ponoć organizm reaguje na zwiększony wysiłek i mobilizuje się, żeby przetrwać. A może to niewypłakane łzy po utracie przyjaciela? Albo jedno i drugie. Nie wiem dziś tego, tak jak i wtedy tego nie widziałam. Moim celem jest Almodovar. Wybrałam tę miejscowość na nocleg oczywiście ze względu na hiszpańskiego reżysera  i jego wspaniałe filmy gęste od uczuć jak emocjonalny sos.
Docieram do miasteczka tak głodna, jakbym od tygodnia nie jadła. Zatrzymujemy się w restauracji, której właściciel musi być kolarzem, bo ściany zdobią tu zdjęcia z zwodów i kolarskie koszulki włożone w antyramy. Zjadam dwa obiady i syta rozglądam się wokół, a wtedy okazuje się, że miasteczko  i artystę łączy tylko nazwa. Nic tu nie ma ciekawego. (A może zbyt wiele spodziewałam się po nazwie?) Jest jeszcze wcześnie, a do następnej miejscowości tylko dziesięć kilometrów. Postanawiam tam pójść, co tam postanawiam, pragnę tam być, bo ta miejscowość nazywa się Rosario i w herbie ma różaniec. Ale teraz nie tylko ja zmieniam decyzję, pogoda również się zmienia, jest duszno i gorąco, idzie się bardzo ciężko. Ale pędzę z całych sił wzmocniona na ciele i jakimś sposobem (zapewne nadzieją) – także na duchu.  
koncert chórów w Rosario
herb Rosario na placyku
Rosario, Rosario … - pobrzmiewa mi w głowie i uśmiecham się do siebie, bo wydaje mi się to bardzo zabawne i cudowne zmierzać wprost do różańca. Z drogi widzę już zabudowania, jeszcze tylko niewielkie wzniesienie i będę na miejscu.
No to jestem. Malutki placyk, ławeczka, kościół, kilka domów … o rany! – myślę w popłochu – przecież tu nie ma żadnego miejsca na nocleg!!!! To zbyt maleńka miejscowość, jak jeden paciorek, a nie cały różaniec! Ratunku! Ratunku! – panikuję już w głowie, gdy drzwi kościoła otwierają się powoli z majestatycznym skrzypieniem i ukazuje się w nich Matka Boża Fatimska. Och! Wciąż mi towarzyszy! Figura staje przed kościołem, ma placyku zaczynają się zbierać ludzie. A ja już wiem, że będzie dobrze. Zapytuję po portugalsku, czy mogę tu nocować? Czy mogę tu zostać?
- A dlaczego akurat tu? – pyta uśmiechnięty od ucha do ucha mężczyzna
- Bo ja tu chcę, bo tu jest ładnie i nazwa mi się podoba – tłumaczę nieskładnie, bo na tyle mi pozwala moja znajomość portugalskiego.
A wtedy on uśmiecha się jeszcze bardziej. Jest dumny i zadowolony. To widać. Podchodzą teraz inne osoby, przedstawiają się, coraz więcej ludzi gromadzi się na placyku i wkrótce okazuje się, że dzisiaj w Rosario jest fiesta! Concurso! Przegląd chórów, są już stoły, ławki i estrada, zaczyna grać muzyka.
Gdy dociera tu Dob, dostajemy nocleg i zaproszenie na fiestę. Dziś będziemy nocować w lokalu, który stanowi równocześnie salkę katechetyczną i zakrystię, zaraz za drzwiami jest kaplica. Myjemy się, przebieramy i biegniemy posłuchać występujących chórów.
Siadam na niskiej ławeczce. Przymykam oczy, słońce pada mi na ramiona, wokół fruwają tak pięknie szeleszczące dźwięki portugalskiego języka. To moje życie – myślę, moje wspaniałe życie … wypełnia mnie bezgraniczna Miłość i wdzięczność … że jestem.
po koncercie - tańce
Ale już dziarska melodia płynąca ze sceny przerywa moją patetyczną zadumę, a mężczyzna, który wcześniej ze mną rozmawiał, kiwa na mnie dłonią z daleka zapraszając w ten sposób do tańca. I ruszamy w tany, przytupujemy, wirujemy, okręcamy się w tańcu aż do poczęstunku, który został przygotowany w niskich zabudowaniach przy kościele. Stoły uginają się pod najrozmaitszymi potrawami i trunkami. Mnie i Dob wprowadzają tu miejscowi notable, pod rękę, jak byśmy były gośćmi specjalnymi. Chyba jesteśmy, bo konferansjer ze sceny ogłasza nasze przybycie i dziękuje, że zechciałyśmy się tu zatrzymać. A wtedy ja wstaję z miejsca i wygłaszam swoją pierwszą publiczną mowę po portugalsku:
kaplica noclegowa
- Amo te Rosario!
I otrzymuję burzę oklasków.
W nocy usiłujemy się wymościć na krzesłach, układając śpiwory i ubrania tak, żeby było nam miękko, ale nijak to nie wychodzi. Więc cichutko na paluszkach otwieramy drzwi do kaplicy i kładziemy się na skórzanych kanapach ustawionych naprzeciw ołtarza. Zasypiamy z nadzieją, ze nie będzie nazajutrz mszy na szóstą rano.
Nie wiem, czy w Rosario pamiętają jeszcze dwie pątniczki z Polski, ale ja na zawsze zapamiętam jego mieszkańców. „Amo te Rosario” – jest wciąż najprawdziwszą prawdą, kocham to miejsce na zawsze. A nazwy, imiona, cóż … niosą ze sobą znaczenie, nie tylko to, które w sobie zawierają, ale i to, które my im nadajemy.


PS.  Amo te, Rosario – też nadawałoby się na tytuł, prawda? Najlepiej więc sami wybierzcie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

W górę i w dół, w górę i w dół – pomiędzy niebem a piekłem


Spotkane po drodze do Ameixial

Na początek muszę Wam coś wyznać. I przeprosić. Oto wyznanie: Z wielkim trudem przychodzi mi pisanie o ostatnim camino, ponieważ przedzieram się przez mój podróżniczy dziennik i wszystkie wspomnienia powracają do mnie w postaci żywych uczuć. Wszystko przeżywam tak jak wtedy, gdy rzeczywiście szłam, a teraz uczucia powracają z ogromną, ogromną tęsknotą za Drogą. Tak więc przepraszam Was za opóźnienia, lecz nie mogę niczego obiecać, bo dziś zrozumiałam, że muszę przejść przez to w tempie mojego serca. Odczytuję to jako znak i zadanie, że powinnam nauczyć się cierpliwości. Mam jednak nadzieję, że mimo to nie zrezygnujecie i nadal będziecie mi towarzyszyć. Nawet, gdy droga będzie trudna tak jak dziś – w górę i w dół, w górę i w dół przez Barranco Velho do Ameixial: 

widok gór
                Zbieramy się sprawnie i wyruszamy koło siódmej, gdy miasteczko jeszcze śpi. Wczesna pora ma w sobie posmak wędrownego życia, które tak pokochałam. Jest rześko, zawiewa lekki wiatr. Jesteśmy wypoczęte i pełne dobrej myśli, z nadzieją na to, że znów się powiedzie. Lecz Droga – co z pewnością już wiecie – ale my wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy – znów szykuje niespodziankę. Wspinamy się pod górę, wokół piękna bujna zieleń we wszystkich odcieniach, schodzimy w dół, słońce coraz mocniej grzeje, wspinam się pod górę, Dob została trochę w tyle, ale widzę ją, gdy odwracam głowę, schodzę w dół, wznoszę ręce do góry, „kocham cię życie!” – krzyczę, schodzę w dół – napiszę w pamiętniku, że widoki zapierają dech w piersiach – myślę, przesuwam w palcach paciorki różańca, wchodzę pod górę, nie widzę już Dob, schodzę w dół, wchodzę pod górę, odmawiam kolejną zdrowaśkę, znów w dół – chyba trafiłam do jakiegoś górskiego piekła – przychodzi mi do głowy – może przeoczyłam jakiś skręt, zejście do jakiejś miejscowości – myślę w coraz większym popłochu.  Oczywiście niczego nie przeoczyłam, idę dokładnie tak jak miałam iść, droga prowadzi mnie we właściwym kierunku właśnie teraz, gdy czuję się zmęczona i przestraszona. Zaraz będzie skwer ze stolikiem i ławkami ocienionymi koroną wielkiego drzewa, pod którym przysiadły stare kobiety. Uśmiechają się do nas życzliwie, choć z pewnym zdumieniem. Nie mamy nic do jedzenia, oprócz czarnych lukrecjowych cukierków kupionych na lotnisku w Eidenhoven. Proszę więc o jedzenie. Jedna z kobiet przynosi słodką bułkę i dzielimy się nią z Dob. Gdy opowiem to potem Piotrowi, powie – Ty żebrałaś. A w jego głosie będzie uznanie i podziw. Tak. Prosiłam o jedzenie i wodę w tej drodze nie raz. I wszystko zleżało od ludzi i Boga. Poddałam się temu, dlatego mogłam iść. Ja miałam pieniądze, przynajmniej tyle, żeby kupić coś do jedzenia, ale NIE MOGŁAM nic kupić, bo nie było sklepu! Za pieniądze … no właśnie … za pieniądze tak naprawdę nie można kupić niczego, nawet, gdy je posiadamy, nawet gdy je posiadamy … prawdziwym bogactwem są ludzie wokół nas, po których możemy się spodziewać wszystkiego najlepszego, ludzie i miłość wzajemna, która w chwilach próby żywi i żołądek i serce.
Portugalki, które odpoczywały w cieniu drzew i dały nam słodką bułkę
                Gdy ruszamy dalej, jestem już na tym poziomie emocji, że nie wiem czego się spodziewać i dobrze mi z tym. To najlepszy sposób, aby przyciągnąć do siebie radość i powodzenie. Wejścia do miasteczka nie zapomnę nigdy. Czytaliście o tych prowincjonalnych małych miasteczkach usytuowanych przy drodze, gdzie mężczyźni w kapeluszach chroniących przed słońcem siedzą na ławce w milczeniu, aby od czasu do czasu rzucać w przestrzeń jakieś słowo? Gdzie słychać bzyczenie muchy? Gdzie od razu wiadomo, że jestem obca, nawet gdybym nie miała przy sobie plecaka, bo wszyscy się znają? To było właśnie to. Wchodzę do miasteczka i trochę się cieszę, bo oto osiągnęłam cel, a trochę martwię, bo może okazać się zbyt małe, żeby znaleźć tu nocleg. Ale jest kościół! Postanawiam, że poczekam na Dob, a potem pójdę zapytać, czy nie przenocują nas na parafii. Gdy Dob odpoczywa pilnując plecaków, ja obchodzę kościół dookoła, raz, drugi, trzeci … Nic. Zamknięty. Na cztery spusty. Czytam kartkę wystawioną w oknie. Kościół otwierany jest tylko w niedzielę, ksiądz przyjeżdża odprawić mszę z innej, większej parafii. To kościół pod wezwaniem św. Antoniego, wzywam więc Świętego, żeby mi znalazł nocleg. Antoni prowadzi mnie na pocztę, gdzie jest niewielka kolejka. Staję w ogonku, a gdy podchodzę do okienka wyłuszczam po portugalsku swoją sprawę i tłumaczę, że wraz z companierą pielgrzymuję do Santiago de Compostela, pani słucha mnie z uwagą i nagle jej twarz rozjaśnia uśmiech:
domek, w którym nocujemy
- mój syn ma imię Santiago – mówi wyciągając z torebki legitymację chłopca, żeby udowodnić swoje słowa. Potem każe mi usiąść i czekać, mężczyzna z kolejki podsuwa krzesło. Siadam, czekam, rozglądam się, ale już po chwili zaczynam się wiercić, niecierpliwić, więc biegnę po Dob. Wracamy razem, siadamy, teraz się rozluźniam, siedzę uśmiechnięta, spokojna. Za to niecierpliwość dopadła Dob, która mówi do mnie:
- Ona na pewno nic nie załatwia, będziemy tu siedzieć i siedzieć!
I właśnie w tym momencie pod pocztę podjeżdża ciężarówka, mężczyzna wyskakuje z szoferki i wbiega na schody, wita się z nami, potem wrzuca nasze plecaki na pakę, a nas upycha do środka i pędzi jak szalony, tak że podskakujemy na siedzeniach raz po raz uderzając głowami w sufit. W końcu wjeżdżamy na camping i zatrzymujemy się przed niskim budynkiem, przed którym kwitnie lawenda. To nasz dzisiejszy dom. Obcałowujemy kierowcę, będziemy spać w prawdziwych łóżkach! Ja pójdę jeszcze na zakupy, a Dob przygotuje kolację, bo jest także kuchnia i salon z kominkiem wyłącznie do naszej dyspozycji. A w szafie w przedpokoju figura Matki Bożej Fatimskiej. Wyciągam ją z szafy i stawiam w sypialni. Niech strzeże naszego snu. O jakie piękne jest życie! Jakie piękne jest życie w Ameixial! 



zieleń we wszystkich odcieniach

PS. Co do Antoniego – z moich doświadczeń wynika, że jest stuprocentowo skuteczny. Czasem trzeba mu tylko obiecać trochę pieniędzy dla potrzebujących. Ostatnio jak Szymonowi Hołowni zginął pies, modliłam się do Antoniego i obiecałam gotówkę, na szczęście w ratach. Pies się znalazł :) 

I jeszcze jedno – w caminowym pamiętniku z tego dnia zapisałam taką końcową refleksję: „W każdej chwili Bóg czeka na Ciebie. Przyjdź i proś”. Cytuję  tu, bo może akurat dla kogoś będzie ważna.
I co? Idziecie za mną nadal?




niedziela, 17 maja 2015

Stan licznika: zero zero



Pisałam tu już o tym wielokrotnie, jak istotne jest, aby otworzyć się na to co się wydarza. To szczególnie ważne, ale i niezmiernie trudne do zrobienia, gdy jesteśmy smutni, boleśnie doświadczeni i wycofani. Ale jeśli właśnie wtedy nam się to uda, w pełni będzie widać dar jaki otrzymujemy. Czasem, sytuacja jest taka, że po prostu nie ma już nic do stracenia. Może paradoksalnie właśnie wtedy jest łatwiej. Ze mną było dość dziwnie, bo z jednej strony – starałam się ze wszystkich sił być uważna, z drugiej – dałam się po porostu nieść… A było tak:
Przeprowadzam się. Mam nowe mieszkanie. Właściwie mieszkanie jest stare, to znaczy mieści się w starej kamienicy i mnóstwo rzeczy wymaga wymiany, a całość porządnego remontu. Muszę się zająć tysiącem różnych spraw. To dobrze. Skupienie uwagi na czymś konkretnym pozwala choć na chwilę uwolnić się od żalu. Staję wobec tysiąca różnych problemów do załatwienia. Mam na myśli nie tylko sprzątanie, czyszczenie starych pięknych pieców kaflowych, malowanie, szlifowanie i gruntowanie ścian, ale także zawarcie nowych umów z dostawcami gazu i energii elektrycznej, na które składa się przecież kilka różnych czynności, takich jak załatwianie licznych pozwoleń i zaświadczeń.
Najłatwiejsze okazało się zamontowanie licznika prądu.
Dzwonię do firmy, okazuje się że umowę mogę zawrzeć przez telefon. Za dwa dni przychodzi Pan Fachowiec i w piętnaście minut zakłada nowiutki licznik energii elektrycznej. Na dodatek wcale nie muszę płacić. Jak na początek fantastycznie. Co więcej – Pan Fachowiec wręczając mi pudełko po liczniku, żebym je  wyrzuciła do śmieci, mówi:
- Stan licznika zero zero. Może pani startować.
Uśmiecham się, do tych słów bardziej nawet niż do Pana Fachowca. Czyżby to znak, że przeszłam już ten dystans między końcem a początkiem? I mogę rzeczywiście zaczynać. Nie wiem. Postanawiam jednak poczekać, nigdzie się tym razem nie spieszyć. Zobaczyć, co będzie dalej.
Następny przychodzi Pan Kominiarz. Chcę, żeby sprawdził, czy piece są sprawne i czy jest tu jakiś komin, do którego będę mogła w przyszłości podłączyć kominek. Uparłam się na ten kominek, przy którym usiądę i będę pisać. Pan Kominiarz opukuje piece, kuchenny przechodzi to badanie pozytywnie, ale pokojowy wymaga czyszczenia i uszczelnienia. Trzeba będzie wezwać zduna. Pan Kominiarz ma znajomego, więc nie będzie z tym kłopotu. Mimo że diagnostyka już została zakończona, rozmawiamy jeszcze o rodzajach pieców, kominków i sposobach ogrzewania mieszkania. Pan kominiarz poleca mi jeszcze firmę zajmującą się właśnie montowaniem różnego rodzaju systemów ogrzewania mieszkań. Dziękuję mu i zachęcona jego serdecznością pytam:
- Czy to prawda, że kominiarze przynoszą szczęście?
- Oczywiście – odpowiada, patrząc na mnie badawczo znad okularów – a ja pani przyniosłem cały worek szczęścia. W tym mieszkaniu będzie pani szczęśliwa – uśmiecha się.
O rany! Taka dobra wróżba to jest coś.
Pan Zdun uszczelnia piec -  jak mówi – „prawdziwą gliną”.
- Taka prawdziwa glina to podstawa – tłumaczy - wręcz fundament. Jest mocna i dobra. Czy Pani wie, że na takiej glinie Polskę zbudowano? – pyta retorycznie.
No rzeczywiście myślę sobie – glina dobrze się kojarzy. Z tej samej gliny jesteśmy zrobieni – mówi się. No i że Bóg nas z gliny ulepił. Postanawiam to później sprawdzić.*
Następnego dnia przychodzi Pan od ogrzewania. Chodzi szybkim, sprężystym krokiem po mieszkaniu mierzy ściany, coś sobie wylicza w notesie. Biegam za nim, kiedy przemawia do mnie jakimiś słowami i specjalistycznymi terminami, których kompletnie nie rozumiem. Co zresztą natychmiast otwarcie przyznaję. Stajemy przy piecu w kuchni i, ni z tego ni z owego, rozmowa zaczyna toczyć się w całkiem innym kierunku. Opowiadam mu o camino, a on mi o swojej pracy we Francji i pani Halince, która codziennie smażyła dla niego kotlety. Ja mu o bieganiu, a on mi o motorach. Dawno już minęła godzina, a my rozmawiamy dalej, o świętych, pustelnikach i mszach o nawiedzenie Ducha Świętego (ta Postać jest tu bardzo ważna, opowiem Wam o tym później). Nastaje krótka chwila milczenia, Pan hydraulik patrzy mi w oczy i zwierza się, że miał kiedyś problem z alkoholem. Czekał na piątek, aby napić się Jacka Danielsa. Gdzie tam napić się! Upić się nim do nieprzytomności!
- Gdy spostrzegłem, że mam problem – opowiada – zacząłem odmawiać różaniec. Dziś nie piję. Sam nie dałbym rady – zawiesza głos w oczekiwaniu na moją reakcję.
A ja szybko rewanżuję się historią mojego smutku. Streszczam ją szybko, w krótkich esencjonalnych zdaniach, żeby się nie znudził, żebym zdążyła zanim powie, że musi iść.
On patrzy na mnie, jakby widział nie moją twarz, lecz serce i mówi:
- Musi pani być cierpliwa – ujmuje moją dłoń w swoje dłonie, jakby chciał dodać tej frazie otuchy. – jest pani odważna, musi pani być cierpliwa.
Biorę te słowa z wdzięcznością i radością. Biorę je, bo są echem słów, które dostałam w innym czasie, od kogoś innego. Jestem oszołomiona. Nigdy nie przeprowadziłam tak przejmującej rozmowy z hydraulikiem, który przyszedłby wycenić montaż ogrzewania. Ale i on jest pod wrażeniem, żegnamy się życząc sobie nawzajem dobra i szczęścia i to nie jest grzecznościowa formułka, lecz błogosławieństwo.
Tak to było, wciąż wracam myślami do tych sytuacji, a właściwie przechadzam się po nich, jak po ogrodzie, w którym podczas każdego kolejnego spaceru można odkryć nowe rośliny. Służą mi te przechadzki, mnie i mojemu sercu. Mam nadzieję, że i Panom Fachowcom też coś z tego zostało. Coś dobrego i wzmacniającego. Myślę też o tym, jak w naszym życiu zachodzą na siebie rozmaite przestrzenie i potrzebna jest umiejętność funkcjonowania w każdej z nich.
Przeczytałam ostatnio w książce o Duchu Świętym, że w Biblii słowo serce znaczy to, co dla nas dziś rozum. I myślę, że patrzenie sercem jest widzeniem w pełni, to znacznie obszerniejszy obraz niż ten racjonalny, rozumowy. Obejmuje dwie sfery – rzeczywistości materialnej i świata duchowego, łączy je w jedno, daje ukojenie i spokój.  To, co mi się przydarzyło i co tu opisałam było właśnie takim wejściem w sferę serca. I chyba muszę dziś powtórzyć tytuł mojego wcześniejszego blogowego wpisu – Bóg ma poczucie humoru – dzięki czemuś tak racjonalnemu, wręcz przyziemnemu jak remont mogłam wejść zupełnie inną rzeczywistość – do obokświata, w przestrzeń serca.  

*według słowników symboli glina oznacza transformację, połączenie i zjednoczenie.