Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katedra w Porto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katedra w Porto. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2015

To już koniec/To jeszcze nie koniec*



To będzie ostatni post o camino z moją chłopacką drużyną. Nie będę też Was przekonywać, że dotyczy on wyłącznie camino, bo bardzo leżą mi na sercu bieżące wydarzenia.  
Gdy coś się kończy zwykle pocieszamy się, że koniec jest nowym początkiem. To prawda. Zapominamy jednak, że pomiędzy końcem a nowym początkiem jest jeszcze dystans do przebycia. To najtrudniejsza trasa, jaką musimy w życiu przechodzić. Najczęściej droga ta jest pogrążona w ciemnościach, idziemy w rozpaczy i po omacku. Upadamy albo chwytamy się czegokolwiek, aby się nie przewrócić. W ten sposób łatwo się poranić. Czasem wydaje się, że możemy ją przebiec, żeby już, już zjawić się na starcie i wyruszyć w stronę nowego. Ale prawda jest taka, że musimy dać sobie dokładnie tyle czasu ile potrzeba, żeby przebyć ten dystans. To nie wyścig, ale przygotowanie do następnego etapu. Nie możemy też udawać, że tej drogi w ogóle nie ma - wtedy okłamujemy samych siebie. Najtrudniejsze jest jednak to, aby przebyć tę trasę świadomie, bo tylko wtedy możemy się czegoś nauczyć, czegoś dowiedzieć i dopiero tak wzbogaceni wyruszyć do nowego początku. Ważne jest też odnaleźć w sobie poczucie wdzięczności za to co było dobre, ponieważ wdzięczność otwiera serce na to, co przed nami.
Ja zupełnie nie pamiętam mojego powrotu z camino, mam przed oczami tylko sceny z filmu Wojtka młodszego, który oglądaliśmy na caminowym spotkaniu u Michała. Oto  jedziemy w deszczu taksówkami na lotnisko. Ja niosę kanapki i cały czas jem. Lecimy z Santiago do Barcelony. W Barcelonie odprawiamy ostatnią wspólną mszę w lotniskowej kaplicy, są z nami tez pielgrzymi ze Słowacji. Potem żegnam się z Kubą (to już moje wspomnienie). Chcę to zrobić teraz, kiedy możemy być sami, zachowując zbudowaną przez ostatnie dni bliskość i intymność. Jest trochę wesoło, a trochę smutno. W kolejce do bramki żartujemy z małą, rezolutną Wiktorią. Zaraz wylądujemy w Pyrzowicach. Tu się pożegnamy.
A dzisiaj, zamiast się żegnać chciałam Wam, chłopaki podziękować:
Paweł – dzięki Tobie zrozumiałam, że samotność jest zarówno wyborem, jak i rodzajem próby, w której możemy się sprawdzać i służyć Bogu. Pozwoliłeś mi także dostrzec, że dystans często bywa tylko pozorem, a bliskość wydarza się także na poziomie wspólnej modlitwy. Dziękuję i mam nadzieję, że będziesz znajdował spokój i ukojenie, tam gdzie go szukasz.
Michał – dziękuję Ci za to, że jesteś Wojownikiem Jezusa i za to, że zebrałeś chłopacką drużynę, a następnie, pod katedrą w Porto, włączyłeś mnie do niej. I za słowa „Od tej pory, gdy powiem, zachowujesz się jak dziewczyna, to będzie znaczyło komplement”. Dziękuję Ci za ciekawość świata i ludzi. Mam nadzieję, że zawsze będziesz Wojownikiem Jezusa i inspiracją dla tych wszystkich, którzy także pragną za Nim podążać.
Wiesiu – dziękuję Ci za wielką, serdeczną akceptację dla różnorodnych ludzkich losów, za tę bliskość z otwartymi na świat drzwiami i oknami, za wielką wspaniałą umiejętność dzielenia się i obdarowywania. Mam nadzieję, że przyjemności jakie oferuje świat dadzą Ci poczucie szczęścia i nieustającej młodości.
Wojtku starszy – Tobie dziękuję za to, że mogłam podziwiać Twoją rzetelną wiarę. Twoje gorące zaangażowanie i wyjątkowe skupienie podczas wspólnego odmawiania psalmów, pozwoliły mi one dostrzec płochość mojej modlitwy. Dziękuję i mam nadzieję, że wszędzie, gdzie się znajdziesz, będziesz czuł obecność Boga, który da Ci odwagę.
Wojtku młodszy – dziękuję Ci za Twoją młodzieńczą, nieustraszoną dociekliwość i ciekawość świata, która wielokrotnie kazała mi się zastanawiać jeszcze raz nad różnymi sprawami i weryfikować dotychczasowe poglądy. Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną Twoimi zainteresowaniami, bo to pozwoliło mi zobaczyć, że świat nie kończy się tam, gdzie kończy się moja wiedza o nim. Mam nadzieję, że przed Tobą mnóstwo wspaniałości tego świata do doświadczenia.
Kuba – Tobie dziękuję za wszystko, za każdą chwilę spędzoną razem, którą tu opisałam i za wszystko to, czego nie opisałam, a przecież się wydarzyło. Mam nadzieję, że odnajdziesz w sobie siłę, którą Bóg oferuje nam wszystkim, ale nie wszyscy po nią sięgamy, żeby żyć szczęśliwie i prawdziwie, co nie znaczy łatwo i wygodnie. Zawsze będziesz dla mnie kimś szczególnie ważnym.

Tak zamyka się camino z moją chłopacką drużyną. Za kilka miesięcy wyruszam znowu. Tym razem z Faro do Santiago. Znajduję się właśnie na tej trasie pomiędzy końcem i początkiem. Bardzo staram się zachować świadomość i uwagę, aby dobrze przygotować się do nowej Drogi. W sytuacji straty, w jakiej się znalazłam wymaga to szczególnej mobilizacji i wysiłku. Usiłuję zrozumieć dlaczego na jednym moście – tam tuż przed Sao Pedro de Rates – złamałam nogę, a teraz na drugim serce. Poturbowałam się dość mocno, gdy most nagle i niespodziewanie zniknął spod moich stóp. Przez moment nawet myślałam, że roztrzaskam się na dnie, ale w porę uświadomiłam sobie, że mam skrzydła i nie potrzebuję wcale mostu. Tu jestem winna wdzięczność kilku osobom, które zrobiły wszystko, żebym przypomniała sobie o tych skrzydłach. Całkowicie bezinteresowna pomoc pozwoliła mi wznieść się i uwierzyć, że mogę spokojnie - choć ciut wolniej - iść dalej do nowego początku, a potem znów od początku do końca … że nie wiem jak będzie, ale wiem, że będzie dobrze.

*To już koniec/ To jeszcze nie koniec – niepotrzebne można skreślić. Nie zawsze wiadomo od razu, gdzie jest koniec i można go zobaczyć dopiero z dystansu, ze środka kolejnego etapu albo nawet z kolejnego końca. A bywa i tak, że czasem to wcale nie koniec, bo sprawy zazębiają się znów nieoczekiwanie, a to był nie koniec, lecz głęboki oddech świata.

czwartek, 5 lutego 2015

Seja agora



espresso i ulubione ciasteczko

Wróciłam. Na bloga i do Polski. Nie było mnie tu, bo byłam w Portugalii. Ale teraz jestem i wspominam.  Opowiem Wam dygresyjnie tę historię, bo ona jest bardzo caminowa.  Odwiedziłam miejsca, przez które wtedy przechodziłam z moją chłopacką drużyną, to było wzruszające uczucie. Wzruszające i potężne jak ocean.  Wypełniło mnie po brzegi.
Pamiętacie ostatnie zdanie w poprzednim wpisie? ”Do Ponte de Lima z pewnością jeszcze wrócę”. Byłam tam. Zrobiłam to! Odwiedziłam i inne miejsca mocy na mojej prywatnej mapie Portugalii, ale to stare portugalskie miasteczko i katedra w Porto mają dla mnie szczególne znaczenie.
A było tak:
widok sprzed Katedry
Pod katedrę w Porto biegnę jak na spotkanie z kimś bliskim. Jest ze mną Iwona moja kompanka w tej podróży, mama Kajetana.  Biegnie za mną, zna moją opowieść, wie co tam się zdarzyło. Jest ciepło, zdjęłam kurtkę, cieszę się słońcem. Podskakuję, podśpiewuję, śmieję się, wypatruję mew. Jestem tu! Jestem tu, jestem tu! – tak bije dziś moje serce.  Gdy siadam na tych samych schodach, pierwsze na co mam ochotę to wysłać smsa do Kuby – Kuba! zobacz! zobacz! gdzie jestem! Odpisuje – „to są te schody!”. Tak, to one, siadam na nich, a Iwona robi mi zdjęcia. Jestem teraz pełna entuzjazmu i radosnego oczekiwania, bo przygoda dopiero się zaczyna, ale przyjdę tu także w ostatni dzień, a właściwie noc  przed wylotem. Katedra będzie wyłaniać się z mgły i ciemności jak tajemnica, będzie padał drobny deszcz i zasłoni widok delikatną kurtyną kropel i księżycowej poświaty. Będę tam stała, a łzy spływające mi po twarzy będę tak samo ciepłe jak deszcz. Zostawię tu intencje bliskich mi osób, tych dla których pragnę szczęścia. I swoją także.  Katedra stanie się dla mnie osobowa, będzie symbolem Boga i Miłości. Stanie się tak potężna jakby łączyła w sobie siły oceanu, Bożą Miłość i ludzkie piękno. To będzie długie pożegnanie. Ale przecież … jeszcze tam wrócę.
katedra nocą w deszczu
Do Ponte de Lima jedziemy z Fernando, samochodem. Puszczamy głośno muzykę z radia i śpiewamy, Seja agora (Deolinda, posłuchajcie, warto) prawdziwa wesoła wycieczka. Jest ciepło, ale zaczyna kropić deszcz.
- Teraz już się rozpada – diagnozuje Fernando – będzie padać przez najbliższe dni. To dlatego, że opuszczasz Portugalię, Madalena – mówi, żeby mi sprawić przyjemność i uśmiecha się.  
Gdy wysiadamy w Ponte de Lima leje jak z cebra. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową i wyruszam w kierunku mostu na Limie, kościoła i albergi. Tamte caminowe obrazy jak żywe stają mi przed oczami, ale to jest już teraz inne miejsce, obrosłe nowymi znaczeniami, wypełnione nową mocą. Przyznaję miałam wątpliwości, czy powinnam tu być tym razem, czy to czegoś nie popsuje, nie zniszczy wspomnień, nie zatrze tamtych wrażeń.
- Wtedy było wtedy, a teraz jest teraz – powiedział Doktor odpowiadając na moje rozterki – Jedź.
widok na Ponte de Lima
Miał rację. Dzięki Doktorze. Wchodzę do kościoła, dotykam obrazu św. Antoniego, staję pod drzwiami alebergi i przypominam sobie te słowa – teraz jest teraz. Tak teraz mamy tylko teraz (seja agora).  Nie warto niczego zatrzymywać na później, ani rzeczy, ani zdarzeń, ani pragnień, ani też pozwalać, aby wspomnienia usychały, niech wypełniają się barwami, świeżym miąższem i sokiem jak dorodne owoce. Niech będą żywe, bo tylko wtedy dają nam siłę.
parasolka na Limie
Chowamy się przed deszczem wewnątrz eleganckiej kawiarni, pijemy espresso i jemy moje ulubione portugalskie ciasteczka. Potem wspinamy się brukowanymi uliczkami w górę, skąd Fernando pokazuje nam widok na całą okolicę. Patrzę w dal i staję się częścią tego pejzażu i tego teraz. Moi towarzysze jakby wyczuwali nastrój, nie przeszkadzają mi ani słowem. Fernando cicho śpiewa fado. Kiedy odwracam głowę w jego stronę, mówi – Buen camino.
Ponte de Lima. Ten most
Jak nazwać trwanie w drodze? Bo to właśnie się dzieje. Kto raz wyruszył na camino …
Idę. Idę więc dalej.
Iwona i Fernando siedzą już w samochodzie. Żegnam się z tym widokiem. Na Limie, wywrócona w dół kapeluszem, pływa parasolka. Spoglądam na wodę, na most i zasnute chmurami niebo, dziś jest szaro-niebieskie.  Saudade – portugalska nostalgia i moja tęsknota za pełnią. To dla mnie bardzo osobisty i intymny widok (tak bardzo, że zastanawiałam się nawet, czy o tym napisać). Naznaczony obecnością poprzez nieobecność. A jednak szczęście jest tu i teraz. Już raz tak było. Tutaj. A teraz znowu tego doświadczam.  Otwieram swoje serce, oddaje i ufam.
Kajetan, Iwona, Mariusz, Fernando – dziękuję Wam ze tę podróż i limowe wzruszenia. Mamy tylko teraz. Seja agora.