Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Jakub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Jakub. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2016

W górę i w dół, w górę i w dół – pomiędzy niebem a piekłem


Spotkane po drodze do Ameixial

Na początek muszę Wam coś wyznać. I przeprosić. Oto wyznanie: Z wielkim trudem przychodzi mi pisanie o ostatnim camino, ponieważ przedzieram się przez mój podróżniczy dziennik i wszystkie wspomnienia powracają do mnie w postaci żywych uczuć. Wszystko przeżywam tak jak wtedy, gdy rzeczywiście szłam, a teraz uczucia powracają z ogromną, ogromną tęsknotą za Drogą. Tak więc przepraszam Was za opóźnienia, lecz nie mogę niczego obiecać, bo dziś zrozumiałam, że muszę przejść przez to w tempie mojego serca. Odczytuję to jako znak i zadanie, że powinnam nauczyć się cierpliwości. Mam jednak nadzieję, że mimo to nie zrezygnujecie i nadal będziecie mi towarzyszyć. Nawet, gdy droga będzie trudna tak jak dziś – w górę i w dół, w górę i w dół przez Barranco Velho do Ameixial: 

widok gór
                Zbieramy się sprawnie i wyruszamy koło siódmej, gdy miasteczko jeszcze śpi. Wczesna pora ma w sobie posmak wędrownego życia, które tak pokochałam. Jest rześko, zawiewa lekki wiatr. Jesteśmy wypoczęte i pełne dobrej myśli, z nadzieją na to, że znów się powiedzie. Lecz Droga – co z pewnością już wiecie – ale my wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy – znów szykuje niespodziankę. Wspinamy się pod górę, wokół piękna bujna zieleń we wszystkich odcieniach, schodzimy w dół, słońce coraz mocniej grzeje, wspinam się pod górę, Dob została trochę w tyle, ale widzę ją, gdy odwracam głowę, schodzę w dół, wznoszę ręce do góry, „kocham cię życie!” – krzyczę, schodzę w dół – napiszę w pamiętniku, że widoki zapierają dech w piersiach – myślę, przesuwam w palcach paciorki różańca, wchodzę pod górę, nie widzę już Dob, schodzę w dół, wchodzę pod górę, odmawiam kolejną zdrowaśkę, znów w dół – chyba trafiłam do jakiegoś górskiego piekła – przychodzi mi do głowy – może przeoczyłam jakiś skręt, zejście do jakiejś miejscowości – myślę w coraz większym popłochu.  Oczywiście niczego nie przeoczyłam, idę dokładnie tak jak miałam iść, droga prowadzi mnie we właściwym kierunku właśnie teraz, gdy czuję się zmęczona i przestraszona. Zaraz będzie skwer ze stolikiem i ławkami ocienionymi koroną wielkiego drzewa, pod którym przysiadły stare kobiety. Uśmiechają się do nas życzliwie, choć z pewnym zdumieniem. Nie mamy nic do jedzenia, oprócz czarnych lukrecjowych cukierków kupionych na lotnisku w Eidenhoven. Proszę więc o jedzenie. Jedna z kobiet przynosi słodką bułkę i dzielimy się nią z Dob. Gdy opowiem to potem Piotrowi, powie – Ty żebrałaś. A w jego głosie będzie uznanie i podziw. Tak. Prosiłam o jedzenie i wodę w tej drodze nie raz. I wszystko zleżało od ludzi i Boga. Poddałam się temu, dlatego mogłam iść. Ja miałam pieniądze, przynajmniej tyle, żeby kupić coś do jedzenia, ale NIE MOGŁAM nic kupić, bo nie było sklepu! Za pieniądze … no właśnie … za pieniądze tak naprawdę nie można kupić niczego, nawet, gdy je posiadamy, nawet gdy je posiadamy … prawdziwym bogactwem są ludzie wokół nas, po których możemy się spodziewać wszystkiego najlepszego, ludzie i miłość wzajemna, która w chwilach próby żywi i żołądek i serce.
Portugalki, które odpoczywały w cieniu drzew i dały nam słodką bułkę
                Gdy ruszamy dalej, jestem już na tym poziomie emocji, że nie wiem czego się spodziewać i dobrze mi z tym. To najlepszy sposób, aby przyciągnąć do siebie radość i powodzenie. Wejścia do miasteczka nie zapomnę nigdy. Czytaliście o tych prowincjonalnych małych miasteczkach usytuowanych przy drodze, gdzie mężczyźni w kapeluszach chroniących przed słońcem siedzą na ławce w milczeniu, aby od czasu do czasu rzucać w przestrzeń jakieś słowo? Gdzie słychać bzyczenie muchy? Gdzie od razu wiadomo, że jestem obca, nawet gdybym nie miała przy sobie plecaka, bo wszyscy się znają? To było właśnie to. Wchodzę do miasteczka i trochę się cieszę, bo oto osiągnęłam cel, a trochę martwię, bo może okazać się zbyt małe, żeby znaleźć tu nocleg. Ale jest kościół! Postanawiam, że poczekam na Dob, a potem pójdę zapytać, czy nie przenocują nas na parafii. Gdy Dob odpoczywa pilnując plecaków, ja obchodzę kościół dookoła, raz, drugi, trzeci … Nic. Zamknięty. Na cztery spusty. Czytam kartkę wystawioną w oknie. Kościół otwierany jest tylko w niedzielę, ksiądz przyjeżdża odprawić mszę z innej, większej parafii. To kościół pod wezwaniem św. Antoniego, wzywam więc Świętego, żeby mi znalazł nocleg. Antoni prowadzi mnie na pocztę, gdzie jest niewielka kolejka. Staję w ogonku, a gdy podchodzę do okienka wyłuszczam po portugalsku swoją sprawę i tłumaczę, że wraz z companierą pielgrzymuję do Santiago de Compostela, pani słucha mnie z uwagą i nagle jej twarz rozjaśnia uśmiech:
domek, w którym nocujemy
- mój syn ma imię Santiago – mówi wyciągając z torebki legitymację chłopca, żeby udowodnić swoje słowa. Potem każe mi usiąść i czekać, mężczyzna z kolejki podsuwa krzesło. Siadam, czekam, rozglądam się, ale już po chwili zaczynam się wiercić, niecierpliwić, więc biegnę po Dob. Wracamy razem, siadamy, teraz się rozluźniam, siedzę uśmiechnięta, spokojna. Za to niecierpliwość dopadła Dob, która mówi do mnie:
- Ona na pewno nic nie załatwia, będziemy tu siedzieć i siedzieć!
I właśnie w tym momencie pod pocztę podjeżdża ciężarówka, mężczyzna wyskakuje z szoferki i wbiega na schody, wita się z nami, potem wrzuca nasze plecaki na pakę, a nas upycha do środka i pędzi jak szalony, tak że podskakujemy na siedzeniach raz po raz uderzając głowami w sufit. W końcu wjeżdżamy na camping i zatrzymujemy się przed niskim budynkiem, przed którym kwitnie lawenda. To nasz dzisiejszy dom. Obcałowujemy kierowcę, będziemy spać w prawdziwych łóżkach! Ja pójdę jeszcze na zakupy, a Dob przygotuje kolację, bo jest także kuchnia i salon z kominkiem wyłącznie do naszej dyspozycji. A w szafie w przedpokoju figura Matki Bożej Fatimskiej. Wyciągam ją z szafy i stawiam w sypialni. Niech strzeże naszego snu. O jakie piękne jest życie! Jakie piękne jest życie w Ameixial! 



zieleń we wszystkich odcieniach

PS. Co do Antoniego – z moich doświadczeń wynika, że jest stuprocentowo skuteczny. Czasem trzeba mu tylko obiecać trochę pieniędzy dla potrzebujących. Ostatnio jak Szymonowi Hołowni zginął pies, modliłam się do Antoniego i obiecałam gotówkę, na szczęście w ratach. Pies się znalazł :) 

I jeszcze jedno – w caminowym pamiętniku z tego dnia zapisałam taką końcową refleksję: „W każdej chwili Bóg czeka na Ciebie. Przyjdź i proś”. Cytuję  tu, bo może akurat dla kogoś będzie ważna.
I co? Idziecie za mną nadal?




niedziela, 21 lutego 2016

No to Faro!



lądowanie
Wykorzystałam już wszystkie sposoby na zwlekanie, czytałam, podróżowałam, przeglądałam Internet, rozmyślałam, sprzątałam, a nawet pisałam inne teksty. Doszłam do momentu, w którym nie ma już żadnego usprawiedliwienia. Trzeba po prostu siąść i zacząć opowiadać. (znacie ten stan kiedy zostaje wybór – działać albo zakryć twarz dłońmi i udawać, że nas nie ma).
 I choć teraz, gdy wyruszyłam drogą wstecz, do początku  tej historii i zaczynam pisać, myśli i wspomnienia są wciąż jeszcze powiązane w supełki i jak zwykle mam wątpliwości gdzie ta opowieść naprawdę się zaczęła. I tak mi się zdaje, że miało to miejsce w Kościele św. Jakuba w Sączowie, gdzie modliłam się przy relikwiach o powodzenie tego camino. Gdy teraz patrzę na moją wędrówkę z perspektywy  kilku miesięcy mam całkowitą pewność, że Święty mnie wtedy wysłuchał.  

A może ta historia ma swój początek poza mną, we wspólnym Źródle wszelkich opowieści, poza moją świadomością, czasem i przestrzenią, gdzie są też wszystkie inne początki … Ludzie przecież żywią się opowieściami, w przeciwnym wypadku po co byłby święte księgi?  

Tak czy siak tym razem wyruszam z Faro. Nazwa Faro ma dla mnie szczególne brzmienie, trochę jak fragment magicznego zaklęcia, trochę jak słowo z jakiejś pięknie brzmiącej pieśni, jest w tym tęsknota, zachęta , przywoływanie , niesamowicie urzekająca melodia rytualnych bębnów …  (czyżby wpływ miała bliskość Afryki?) spróbujcie sami wypowiedzieć na głos – Faro.  W  języku portugalskim słowo faro oznacza latarnię morską. Dobry omen – niech rozświetla mi drogę. 

plac Madaleny
Lotnisko jest tuż przy oceanie, samolot zniża lot i wydaje się, że zaraz będzie wodował. Spoglądam przez okno i widzę lagunę, zielonolazurowe, ciemniejące w głąb wody. Lądujemy oczywiście bezpiecznie na pasie. Jest bardzo ciepło, mimo że to już wieczór. Gdy staję przed lotniskiem i rozglądam się w poszukiwaniu autobusu do moich nozdrzy dociera zapach spalonej ziemi, duszny zapach gorąca, ciężka woń nagrzanych w słońcu owoców i ryb.
Niepokój. Czuję niepokój. Szukam chwilę odpowiedzi dlaczego. Bo Lizbona pachnie inaczej?  Bo w Porto czuję coś innego - powiew świeżości znad oceanu, ożywczy lekki iberyjski deszcz … No chyba  tak. Nie będę się teraz zastanawiać, robi się późno i trzeba jeszcze znaleźć hostel.  
To miejsce jest urocze. Czy mówiłam już,  jak bardzo lubię hostele? Są przestrzenną metaforą chwili, spotykamy tu różnych ludzi, zajmujemy jakieś miejsce, żeby znów wyruszyć dalej.
Leżę teraz na dachu hostelu na grubym materacu i patrzę w gwiazdy.  Niebo jest gładkie, jakby  wypolerowane, gdybym chciała mogłabym wyciągnąć  rękę, pozbierać gwiazdy i schować do plecaka…  Ktoś cicho rozmawia na tarasie, słychać muzykę i śmiech. Zapach spalonej ziemi już nie niepokoi … wypełnia mnie spokój, miłość i radość. 
Jutro będę przechadzać się Rua da Madalena, siedzieć na placu Marii Magdaleny podziwiając piękne mozaiki z jej wizerunkiem. I kimś jeszcze. Może to Archanioł Michał? Z przyjemnością wyłożę się na ławce i zdrzemną w słońcu.  W renesansowej katedrze Se dostanę pierwszą pieczątkę do credenciala i wcale a wcale nie będę się jeszcze  przejmować, że stąd nie ma szlaku św. Jakuba oznakowanego strzałkami.  
Kaplica czaszek (kości) 
Potem pójdę do kaplicy czaszek, która cała zrobiona jest z czaszek i kości, nawet podłoga jest nimi wyłożona.  Trudno tutaj stać … więc usiądę opierając się plecami o ścianę. Obok w  kościele do Carmo stoi też przepiękna figura Matki Bożej, przedstawiająca Maryję jako mocno zbudowaną, silną kobietę. Dokładnie taką jaką ja chciałam ją widzieć.  Będę stać przed nią w zachwycie i powtarzać w duchu – a jednak… a jednak!!! Nie wiedząc jeszcze, że spotka mnie wielka niespodzianka. Ale  to później, na drodze. A tutaj zamoczę stopy w ocenie siedząc na kamiennych schodach w miejscu, gdzie cumują stateczki z turystami. O tak! Faro będzie spełnieniem moich marzeń, ale to oczywiście dopiero wstęp, niewinna zapowiedź, radosne preludium …

Tak, tak, lubimy ten nastrój, gdy wszystko jawi się jako łatwe i możliwie i tak chętnie na tej podstawie wróżmy powodzenie i szczęśliwe zakończenie naszych przedsięwzięć. Ale to w trudnościach rodzi się sukces i choć te słowa pięknie brzmią, to wcale nie chcemy przekonywać się o tym na własnej skórze.  Ja też nie chciałam. Ale byłam gotowa wyruszyć.

piątek, 31 lipca 2015

Cukierki Cioci Romy



Wiele rzeczy działo się szybko jedne po drugich, a właściwie ja je trochę nadziewałam moim pragnieniem, a potem puszczałam wolno, żeby się już działy same, dowolnie i spontanicznie. A ja siedziałam, a raczej chodziłam w samym środku tego dziania się, mnie zaś nachodziły różne myśli i uczucia. Byłam w wielu miejscach i spotkałam wielu ludzi, wysłuchałam też wiele opowieści. Niektóre z nich urzekły mnie tak bardzo, że chciałam posłuchać dalszych ciągów albo prologów. I właśnie  dlatego znalazłam się u Romy, którą wcześniej poznałam na konferencji w Toruniu (pisałam tu o tym). Ale zrobiłam także ten fantastyczny życiowy manewr – w powodzi możliwości wybrałam jedną, w niewielkim stopniu racjonalną i dałam się jej poprowadzić. A może ponieść…?
czekoladka od Romy
25 lipca przypada święto Jakuba Apostoła. W Santiago to wielki festyn, ale i w naszych polskich jakubowych parafiach w tym dniu mnóstwo się dzieje. Ja jadę do Torunia, ponieważ w pobliskiej gminie Ciechocin odbędzie się I półmaraton szlakiem św. Jakuba, a także festiwal, na którym zamierzam wystawić caminowe skarpetki. Teraz jednak podróżuję pociągiem i zastanawiam się, co ja tu właściwie robię i co znów mi do głowy strzeliło. Dlaczego ciągle jestem w drodze i czy nie mogłabym jakoś bardziej statycznie spędzić czasu. Moje rozmyślania raz po raz przerywa młody mężczyzna, który wsiadł do tego samego przedziału. Rzuca w powietrze krótkie zdania i czeka, czy ktoś je pochwyci. Ale nikt się nie odzywa, ani ja, ani starsza kobieta, która jedzie z nami. Chłopak spogląda na nas sprawdzająco i uśmiecha się od ucha do ucha. Wcale nie chce mi się prowadzić rozmowy z takim wesołkowatym typem, skoro mam swoje myśli ciasno upakowane w głowie, lecz mimo to dopytuję niezobowiązująco o jakiś niezbyt ważny detal. I wtedy on mnie łapie i już nie wypuszcza z potoku swojej historii. Stoję tam zupełnie obezwładniona jak pod wodospadem. Dowiaduję się, że pracuje za granicą, w tartaku, że dopiero co urodził mu się syn, a córka ma już sześć lat, że świetnie zarabia i żona nie musi pracować. I że rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał osiemnaści lat, a wtedy jako najstarszy przejął opiekę nad trójką swojego rodzeństwa. No co mam powiedzieć?! jestem pod wrażeniem! Co tam pod wrażeniem! Jestem pełna podziwu! To jest człowiek sukcesu – myślę – to jest dopiero ktoś! I karcę się w duchu, że taka byłam oporna, że mało brakowało, a nigdy bym tej opowieści nie usłyszała. Gdy wysiada, życzę mu powodzenia. Z całego serca. Choć chyba nie muszę, bo on ma to powodzenie we krwi.  A wraz ze swoją opowieścią rozdaje je darmowo na prawo i lewo.
medal z Półmaratonu szlakiem św. Jakuba
Roma czeka na mnie na peronie. Gdy przyjeżdżamy do domu, stawia przede mną własnoręcznie upieczone ciasto, owoce z ogrodu jej rodziców, masło, miód, słodycze. I chociaż słodycze to zwykłe czekoladki ze sklepu, to one robią na mnie największe wrażanie. Roma dostała je od cioci, siostry swojej mamy. Ciocia przywozi cukierki, bo kiedyś, gdy była dzieckiem dostawała cukierki od swojej starszej siostry, czyli właśnie mamy Romy, która pojechała do szkoły z internatem, lecz gdy przyjeżdżała do domu, zawsze przywoziła cukierki. Dziewczyna nie miała za wiele pieniędzy, tyle co na bilety kolejowe i tramwajowe, ale za wszystko, co udało jej się zaoszczędzić (może czasem chodziła pieszo zamiast jechać tramwajem?) kupowała malinowe landrynki dla siostry. Ciocia Romy twierdzi, że te malinowe landrynki, to najlepsze cukierki jakie w życiu jadła. I dlatego dziś ona kupuje cukierki i rozdaje dzieciom albo dorosłym już siostrzenicom i siostrzeńcom. Myślę, że ma rację, że jej landrynki mają najwspanialszy smak siostrzanej miłości, szczerego dzieciństwa, radości ze spotkania z kochaną osobą. I mają w sobie całą tę nadzieję, którą znamy wszyscy - nawet jeśli to dzieciństwo nie było najlepsze z możliwych - że świat czeka na nas, żeby się otworzyć i odsłonić wszystkie skarby, które my będziemy mogli czerpać pełnymi garściami. Ciocia Romy rozdając dziś cukierki, oddaje całe dobro które wtedy otrzymała. Oddaje je w całkiem innej słodkiej walucie i innym ludziom, ale to jest wciąż to samo pełne miłości i wdzięczności dobro.
Kościół w Ciechocinie
Po półmaratonie, który był dla mnie jednym z trudniejszych biegów w jakich brałam udział, siedzę sobie – jeszcze w biegowych ciuchach – w małym kościółku w Ciechocinie. Rozglądam się z ciekawością po wnętrzu, szukam wizerunku mojego ulubionego Świętego Antoniego, czekam na rozpoczęcie mszy. Na lewo od ołtarza widzę obraz, na którym Antoni trzyma na rękach małego Jezusa. Spoglądam w górę, aby przyjrzeć się sufitowi, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie spływa na mnie wybaczenie. Domyślacie się zapewne, że czułam się skrzywdzona, pisałam tu o tym trochę. Próbowałam się z tym uczuciem uporać na różne sposoby. Bardzo się starałam. Bardzo się starałam. Bardzo się starałam. A teraz bez żadnych starań z mojej strony – wybaczyłam, a właściwie otrzymałam to wybaczenie jak malinowe landrynki! Jaka poczułam się szczęśliwa! Uwolniona! Pełna wdzięczności! Nie muszę już pytać: dlaczego? Dlaczego? Co się stało? Nie muszę się dręczyć! Wybaczyłam, dostałam to wybaczenie, aby wybaczyć! Teraz mogę tylko dziękować. Dziękować, dziękować i być wdzięczna. I jestem.
Wracam do domu bogatsza, o wiele, wiele bogatsza, mam opowieść chłopaka z pociągu, malinowe landrynki i wybaczenie. Opieram głowę o okno, zamykam oczy i zasypiam. Gdy się rozpakowuję, znajduję w torebce czekoladkę od Romy, którą wręczyła mi na mecie. Trzymam w dłoni, zastanawiam się czy zjeść i postanawiam jeszcze ją zachować. Przez kilka następnych dni, będę wciąż badać moje serce, czy wybaczenie naprawdę tam jest. Chcę mieć pewność, zanim komuś to wyznam.
A Romie nie powiedziałam jeszcze nic o tym, co się wydarzyło. Mam nadzieję, że się ucieszy, jeśli przeczyta ten tekst. I powiem Wam, że jestem jej niesłychanie wdzięczna choćby za to, że odstąpiła mi własne łóżko, że była świetną ekipą techniczną na moim biegu, że bez niej w ogóle nie dotarłabym z Torunia do Ciechocina. Ale wiem także, że wcale nie muszę jej osobiście przekazywać mojej wdzięczności, że malinowe landrynki mogę ofiarować kiedy indziej i komu innemu. I tak będzie dobrze.




prezentacja skarpetek. Fot. A. Wojdyło

czwartek, 16 lipca 2015

Komu ja biegnę?



Niewiele ostatnio trenowałam, na zawodach też dość dawno nie byłam, bo jednak nie da się zrobić wszystkiego, a ja dużo pielgrzymuję. Lubię te caminowe przejścia polskim szlakiem św. Jakuba z taką samą intensywnością z jaką kocham bieg, bilans uczuciowy jest więc podobny, ale … ale coś z tym bieganiem jednak się ostatnio dzieje, bo z jednej strony wyraźnie odczuwam brak, z drugiej nie daje mi teraz takiej radości jak kiedyś. A pamiętam przecież świetnie to uczucie satysfakcji, przepływu, tego brania w ramiona całego świata, tego brodzenia w oczyszczających falach cudownego „tu i teraz”! I chcę je z powrotem! Chcę je znów odnaleźć! Muszę je odzyskać!
Umawiam się z Kaśką na zawody w Żarkach. Bieg z duchami. Korzyść podwójna, bo spotkamy się, a na dodatek trochę się pościgamy. Muszę być dobrze przygotowana. Robię ostry trening interwałowy. Kończę spocona, czerwona, ledwo żywa. I co? Skanuje ciało, duszę, serce. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jest. Zadowolenie. Jest. I tyle. Nic więcej. Gdzie się podziało wszystko to wspaniałe i nadprzyrodzone? Cała ta duchowość biegania? Sama kiedyś napisałam, że bieganie to drzwi do transcendencji, autorka – nomen omen – „Biegnącej z wilkami”  twierdzi, że wszelkie czynności mające swój rytm, a więc także bieganie - to sposoby na zawezwanie duszy. No więc co się dzieje?  Przyglądam się swoim medalom i pucharom. Tak, lubię je, cenię, wysiłek, który mnie do nich zaprowadził jest bardzo przyjemny, ale teraz myślę – „a po co mi więcej? Przecież nie będę ich zbierać na kilogramy!”. Czuję się trochę zmieszana tą myślą. O co mi znowu chodzi?! Ale okazuje się, że to właściwy trop, bo kiedy czytam na fejsbuku – masz problem, to go wybiegaj – strasznie się irytuję. Bo nie można problemu wybiegać, tak jak nie można go zapić. Jedyne co można z problemem zrobić, aby się go pozbyć to rozwiązać. Bieganie nigdy nie sprawi, że pozbędziemy się problemów, czy życiowych trudności, bieganie może tylko sprawić, że będziemy gotowi, aby sobie z nimi radzić! Uff… coś znalazłam. Wychodzę więc na trening, bo od dawna już wiadomo, że podczas biegania dobrze mi się myśli. Teraz podbiegi. W górę i w dół, w górę i w dół, z wysiłkiem, rytmicznie, z wysiłkiem, rytmicznie… i udało się! Dusza jest! Jest tu! Obecna! Stawiła się! I wiecie co?! Każe mi się zatrzymać i popatrzeć jak samolot rozcina niebo na pół! Teraz trochę maszeruję, potem znów biegnę bez wysiłku, idę na mostek, żeby postać nad wodą, widok biegacza nadciągającego z naprzeciwka podrywa mnie do biegu. Ale za chwilę znów zwalniam, żeby przyjrzeć się dziewczynie na rolkach.  Wracam do domu spacerowym krokiem, nie zmęczona, a jednak szczęśliwa.  Nie wiem jeszcze, czy właśnie odnalazłam to, co mi zaginęło, ale nadzieja już się rozsiadła w moim sercu jak – nie przymierzając - królowa na tronie. 

Sjesta na hamaku na działeczce u Kaśki
Zanim pobiegniemy, relaksujemy się z Kaśką na działeczce. Leżymy pod lipą, popijając wodę z cytryną i miętą. Rozmawiamy o życiu, dzieciach, mężczyznach, o zawiedzionych nadziejach, odrzuconych uczuciach, rozprawiamy na wszystkie tematy, które podejmują kobiety, gdy siedzą same w ogrodzie. Jest tak przyjemnie i błogo, że wcale nie chce mi się nigdzie stąd ruszać, ale oczywiście zbieramy się, żeby spotkać wszystkie te jurajskie duchy i przebiec zadany na dzisiejszą noc dystans.
orzeźwiająca woda z miętą i cytryną
Biegniemy przez nocny las. Pachnie. Zaczynamy trochę za szybko, chyba dlatego, że Kaśka chce dotrzymać kroku mnie, a ja jej. Chwilę rozmawiamy. Mijają nas inni biegacze, rzucają jakieś słowo, odpowiadamy. Ja w końcu milknę, otulam kocem z ciemności i konturów drzew swoje serce. Kaśka rozmawia z kimś, więc zostaję trochę w tyle. Nie chcę przeszkadzać, ale nie chcę też być zagadywana, wycofuję się w samotność, to źródełko spokoju, które jest przy nas zawsze i czeka tylko, żeby z niego skorzystać. Gdy docieramy do wysokiego podbiegu z zza drzew wyłania się ogromny księżyc. Kaśka przechodzi do marszu, odwracam głowę, żeby zobaczyć co z nią, a ona krzyczy:
- biegnij Magda, biegnij!
Ale ja truchtam w miejscu, czekam na nią, patrzę w złotą hipnotyzującą tarczę księżyca. W połowie podbiegu też przechodzę do marszu. Idziemy we dwie, ramię w ramię. Potem będziemy tak jeszcze szły, zanim miniemy piąty kilometr i ja pobiegnę z rozłożonymi rękami i będę za sobą słyszała śmiech Kaśki. A kiedy stracę siły tuż przed metą, Kaśka biegnąc przede mną znów zawoła „dajesz Magdalena!!!” I ja odzyskam całą moc jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i wyprzedzimy wszystkich i wpadniemy na metą trzymając się za ręce! Które byłyśmy? – nie mam pojęcia. Jaki miałyśmy czas – też nie wiem. Nie potrzebuję tej wiedzy. I nie potrzebowałam jej, kiedy rzuciłam się Kaśce na szyje i wyznałam – „Cudownie się z Tobą biega”, a ona przytuliła mnie mocno. Tak, tak, macie rację  – to właśnie ta chwila – oto odnalazło się to, co zgubiłam, otworzyły się te drzwi, które przez ostatni czas były zatrzaśnięte.
A gdy następnego dnia przemyślałam to wszystko od nowa, uświadomiłam sobie po raz kolejny, że jedyną stałą tego świata jest zmiana, że bieg da mi to, czego pragnę i potrzebuję, ale nie w ten sam sposób. Że być może wciąż musimy szukać nowych sposobów na pozyskanie, tego co nas wzmacnia, rozwija i żywi. Że to wszystko jest dostępne, lecz w labiryncie wszystkich naszych spraw musimy wciąż szukać metod jak bez rutyny czerpać radość z obfitości świata, cały czas od nowa znajdować drogę do własnej duszy.
Komu ja biegnę? Sobie biegnę i swojemu sercu. I Kaśce biegnę, i Małgorzacie i mojej córce Zuzannie, biegnę moim przodkom i potomkom, biegnę tym, którzy mnie kochają i tym, którzy oczekują pomocy, biegnę szukającym drogi i tym, którzy stracili nadzieję, biegnę do życia, do śmierci, biegnę do trudności, porażek i zwycięstw, biegnę, żeby ożywić, to, co umarło, i pogrzebać to, co się już nie narodzi, biegnę tym, którzy zwalniają, żeby dotrzymać mi kroku i tym, którzy biegną przede mną, biegnę tym, którzy zostali za mną i tym, którzy mnie porzucili, biegnę tym, którzy czekają po tamtej stronie, biegnę i tej osobie, która czeka z bukietem kwiatów na mecie. Biegnę światu.