Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 stycznia 2016

Margot i pierniczkowa terapia

To nie będzie jeszcze tekst o camino z Faro do Santiago. Długo walczyłam z sobą, bo chciałam już Wam coś o tej drodze opowiedzieć, przypuszczałam, że czekacie i chciałam spełnić te oczekiwania. Lecz w końcu zdecydowałam, że nic na siłę, że ta opowieść musi się we mnie ułożyć, wyciszyć i sama najpierw mnie opowiedzieć, żebym ja mogła przekazać ją dalej. Lecz to camino jest  jeszcze żywe, pulsujące, natrętne, pełne emocji. Jakby wcale się nie skończyło, tam w Santiago, ale wciąż jeszcze trwało …
Aby skrócić to oczekiwanie, mam trochę inny temat, który z kolei od dłuższego już czasu bardzo chce być ujawniony. Ten tekst będzie o tym, że rzeczy materialne są odzwierciedleniem rzeczy duchowych albo inaczej – że mają duchową naturę. Mam na to dwa imponujące dowody. Dowody na istnienie Ducha. Autorką pierwszego jest Margot. A było tak:
Dzwoni telefon. To Margot. Odbieram, a ona jak zwykle szybko oddziela od siebie słowa śmiechem i  tłumaczy mi, że potrzebuje klucze od mojego nowego mieszkania, bo ona je hahaha chce zobaczyć hahaha, a właściwie to nie zobaczyć hahhaaa tylko zmierzyć ścianę, bo ona hhahhaa jest zmęczona i musi wyjechać hahaha. A jak już wyjedzie, to mi na tę ścianę chce coś kupić hahahaa.
Wiem. Nieudolnie próbuje wyłudzić ode mnie klucze, bo chce mi zrobić niespodziankę. Udaję (być może jak i ona równie nieudolnie), że w   ogóle się nie zorientowałam i umawiamy się na przekazanie kluczy. Oddaje mi je w niedzielę wieczorem. Jest tak bardzo zadowolona, że podskakuje jak wróbelek i ma zaróżowione policzki. Na pewno musiała zrobić coś niesamowitego. Ja się nawet spodziewam trochę co, bo Margot poznała moją listę marzeń … Jednak nie pójdę tam od razu sprawdzić, rozkoszuję się tym czasem radosnego oczekiwania, który sobie sama ofiarowuję. Drzwi do pokoju odemknę dopiero następnego dnia, które to drzwi Margot specjalnie zostawiła przymknięte, żebym mogła otworzyć je „jak królowa”.  Wejdę do środka spodziewając się co zobaczę, a mimo to, gdy stanę w obliczu margotowej niespodzianki odbierze mi głos i popłyną łzy, łzy szczęścia wzruszenia, oszołomienia. W pokoju czeka na mnie łóżko z mojej listy marzeń. Tylko, że ono jest milion razy piękniejsze niż to z moich marzeń! Jest olśniewająco wspaniałe! To łóżko jest najpiękniejszym łóżkiem jakie w życiu widziałam i jest moje! I emanuje z niego cała moja nadzieja i wiara i miłość, a także cała nadzieja i wiara i miłość Margot. To łóżko nie jest meblem, lecz miejscem mocy. Wystarczy położyć się na nim, żeby pozyskać nieprawdopodobne ilości energii, radości i chęci życia. Wiem, co mówię, bo robiłam to od tej pory wielokrotnie. Moje łóżko jest przedmiotem, w którym materializuje się to, co duchowe, potwierdzeniem, że wszystko jest możliwe, że marzenia się spełniają … no i że, to nasze życie może być tak fantastycznie, oszałamiająco cudowne, jeśli odważymy się choć na chwilę oddać komuś swoje klucze …
Drugi dowód na istnienie Ducha, wymaga krótkiego wprowadzenia. W moim rodzinnym domu nie było żadnej bożonarodzeniowej tradycji. Oczywiście na stole stawiano określone potrawy, w każde święta odbywał się też określony rytuał ich obchodzenia. Nigdy jednak nie robiliśmy czegoś, co byłoby naszą rodzinną tradycją. Uznałam, że ja taką tradycję wprowadzę i będzie nią pieczenie pierniczków.
Od tego czasu pieczemy z moją córką nieprzebrane ilości pierniczków. Początkowo, gdy Zuzanna była małą dziewczynką pierniczkowa tradycja była bardzo męcząca i wymagająca nie lada cierpliwości. Mąka wychodziła z każdego kąta domu, a polukrowane były nawet buty w przedpokoju. Od pewnego czasu jednak, choć nie wiem dokładnie od kiedy, pieczenie stało się przyjemną to szpiku kości pierniczkową terapią.  
Umawiamy się na to kuchenne spotkanie już na przełomie października i listopada, co i tak nie ma żadnego znaczenia, bo pierniczków ciągle nam za mało i w rezultacie pieczemy je w czterech kolejnych turach. Za każdym razem wygląda to tak samo, lecz wciąż nam się podoba. Centralne miejsce w kuchni zajmuje laptop, mamy tu przepis i na nim włączamy muzykę. Śpiewamy głośno, używamy wałka zamiast mikrofonu, tańczymy ugniatając ciasto, które za każdym razem wychodzi inaczej. Żartujemy, śmiejemy się do rozpuku, omączone po brwi. Robimy całe mnóstwo cudownych niedozwolonych rzeczy! Jak my żyjemy! Żyjemy pełną piersią! Jeśli ktoś wam powiedział, że od gorącego ciasta boli brzuch – nie wierzcie mu! Ja wam mówię, że tak nie jest! Wiem, bo my jemy gorące, wyjęte z pieca pierniczki, które parzą nas w palce, a wcześniej próbujemy surowego ciasta, a potem jeszcze zanurzamy kawałki pierników w kleistym, lejącym się, dopiero co rozrobionym lukrze i unosząc je lekko nad podniesioną głową wkładamy do ust: hobre, hobre - mlaskamy sobie porozumiewawczo z pełnymi ustami.
Dekorujemy pierniczki tematycznie: dwa lata temu były portugalskie, potem patriotyczne – polskie (z braku barwników), teraz caminowe z żółtymi strzałkami i galicyjskie. Gotowe pierniczki rozdajemy na prawo i lewo, rozsyłamy po całym świecie, tak że do świąt ledwo ich starcza. Nie wiem, czy obdarowane osoby mają z tych pierniczków taką radość jak my z ich pieczenia. My jesteśmy w tych dniach razem, z naszą miłością, bliskością, radością, obecne dla siebie nawzajem i same sobie. Jesteśmy matką i córką, kobietami, przyjaciółkami, które chcą być razem i czerpią z tego siłę i radość. Pierniczkowa terapia, co roku informuje nas o tym, jak bardzo jesteśmy sobie bliskie i jak bardzo jest nam z tym przyjemnie. To jest Miłość. Tak w naszych pierniczkach manifestuje się Duch.
Spytacie, czy leżałam na moim łóżku, zajadając pierniczki? Odpowiem – nie. Bo dopiero teraz, podczas pisania tego tekstu przyszło mi to do głowy. Zrobię to w przyszłym roku. Tyle miłości w jednym łóżku! Ho, ho, ho! Margot będzie się cieszyć.  

W PS:
Chciałabym, żebyście wiedzieli, że do mojego mieszkania, oprócz łóżka od Margot, dostałam mnóstwo pięknych rzeczy od moich przyjaciół i jeszcze na pewno tu o tym napiszę, bo to nie byle co mieć takie miejsce, że gdzie nie spojrzysz widzisz miłość i wiesz, że nie jesteś sama.  
Margot, słowo dziękuję nie oddaje tego, co czuję, wiesz o tym. Zresztą za miłość się nie dziękuje. Przyjmuje się ją i rozkoszuje.

czwartek, 22 października 2015

Kiedy droga jest domem



Już od mojej podróżniczej inicjacji miałam wyrzuty sumienia. Za każdym razem, gdy wyruszałam musiałam tłumaczyć sobie i innym dlaczego to robię i słowami gładkimi jak niedzielny obiad uśmierzać niepokój, że coś jest ze mną nie tak. Wszystko skończyło się radykalnie i nieodwołalnie wraz z tegorocznym camino, którego już się nie da w ten sposób obłaskawić, ugłaskać i ugrzecznić. Nawet najbardziej zdawkowa opowieść o tej Drodze pokazuje jak bardzo była ona szalona, dzika, nieokiełznana, nieprzewidywalna, fascynująca, wciągająca, nieprzewidywalna, niebezpieczna, ukochana, uspokajająca, stabilizująca, pobożna, święta. Jak bardzo ta Droga była i jest przy mnie/we mnie wciąż. Wszystko zaczęło się od smsa do Kajetana już pierwszego dnia gdy zarzuciłam plecak, zrobiłam kilka kroków, a gdy ogarnęło mnie to uczucie błogości, które psychologowie nazywają przepływem, napisałam: Wędrując czuję się jak u siebie. Witaj w domu – odpisał. 

Zapraszam więc Was do mnie, rozgościcie się proszę, tutaj można usiąść przy drodze, na tym wygiętym konarze i popatrzeć na pole słoneczników, jeśli ktoś woli cień, będzie mu lepiej pod palmą albo tutaj na skraju lasu, gdzie pachnie eukaliptusem. Zaraz podam chłodną wodę z fontanny przy drodze. A może hiszpańskie wino z plastikowej butelki? Czy ktoś chciałby ukraiński kwas chlebowy? Rumianek podawany w Portugalii jako herbata? Może ktoś spragniony opowieści? To wszystko będzie, Portugalia, Hiszpania, a potem jeszcze Ukraina, krok za krokiem … 

Idę więc, a mój umysł z wytrwałością godną biegacza poszukuje wytłumaczenia, dlaczego jestem tu u siebie, dlaczego tak dobrze się czuję, dlaczego droga jest domem. Choć tak naprawdę mojemu umysłowi, który w tej sprawie akurat kooperuje z ego a nie z sercem, nie chodzi o wyjaśnienie, lecz usprawiedliwienie. A usprawiedliwienia nie ma, dlatego biedaczyna nie może go znaleźć. (Usprawiedliwienia nie ma, jest wybór). Z tego też powodu moja towarzyszka Dob nie przyjmuje do wiadomości, że jestem nomadką.
- Nie jesteś nomadką! – prawie podnosi głos do krzyku – nie możesz być! Musisz się jakoś urządzić każdy musi mieć jakieś miejsce! Każdy musi normalnie żyć!
Te słowa wprawiają mój umysł w szaleńcze poruszenie, pędzi teraz jak chomik w kołowrotku i dalej nic. Nic a nic. Przypomina mi się za to wiersz Bronisławy Ostrowskiej: 

Magdaleno, ciszo polna,
Magdaleno, ciszo leśna,

Która zlewasz mi pod nogi
Miłosierny balsam drogi
i ocierasz włosy swemi
stopy, pylne kurzem ziemi

z wszechboleści - bezboleśna,
z wszechniewoli - siostro wolna,

Dzięki tobie- ciszo leśna...
Dzięki tobie- ciszo polna...

Powtarzam go sobie w myślach, bo jest piękny, bo jest o Magdalenie, o drodze, o wolności. Bo droga jest balsamem, bo droga jest miłosierna i wybaczająca. Gdy boli i choruje dusza, powinno się wypisywać receptę na drogę. Nie ma lepszego lekarstwa, skuteczniejszej terapii. Droga jest jak miłość – nie szuka swego, daje siłę i nadzieję, jest cierpliwa i uczy cierpliwości, a jeśli zaufasz doświadczysz cudu. 

Powtarzam więc wiersz w myślach i gdy podnoszę różowy kamień spod nóg, wiem, że znalazłam część odpowiedzi, która brzmi – ponieważ w drodze lubię siebie. Bardzo lubię siebie. Teraz to poezja naprowadziła mnie na ten ślad, za kilka tygodni powiem Kajetanowi w Odessie – to między innymi sztuka sprawiła, że mogliśmy przetrwać jako ludzkość. I jeszcze więcej się wydarzy – tam po wyjściu z Muzeum Puszkina przyznam, że to właśnie literatura jest moim drugim domem.  
I tak oto wyruszyłam w drogę bezdomna, a teraz okazuje się, że mieszkam pięknie w dwóch wspaniałych domach, rozległych jak step po niekończący się horyzont, przytulnych jak opiekuńcze ramiona, dobrych jak chleb. Tych domów nikt nie może mi zabrać, ani zburzyć, przejąć, zająć, czy zawłaszczyć. Nikt nie może mnie z nich wymeldować, ani wyrzucić. Nie da się tego zrobić, ponieważ ja ich nie posiadam, a mimo to je mam. Dlatego serce to rozumie, a ego nie.
Czuję się usatysfakcjonowana, nawet umysł się wyciszył, ułożył się wygodnie i czeka na niewiadomo co. I wtedy pojawia się ona – moja nagroda.  

Zalazłam tę książkę w katalogu internetowym, szukałam oczywiście czegoś innego. Wypożyczam ją tylko ze względu na tytuł (Z myśli hiszpańskiej i iberoamerykańskiej. Filozofia. Literatura. Mistyka) i moich hiszpańskich, poznanych w drodze znajomych Miguela i Jose. Niczego się po niej nie spodziewam. Przeglądam ją może nawet po części dlatego, żeby się później pochwalić, że znam coś hiszpańskiego …  Przeglądam  ją z zainteresowaniem, lecz nie oczekując niczego … A tu nagle, niespodziewanie, bez ostrzeżenia wychodzi mi na spotkanie Maria Zambrano, filozofka i eseistka, o której mówi się, że należała do pokolenia „Hiszpanii pielgrzymującej” (żyła w latach 1904 -1991) i pisała o byciu w drodze. A jak ona o tym pisała! Powiem Wam jeszcze, że była pierwszą kobietą, której przyznano literacką nagrodę Miguela Cervantesa.  

Zachłystuję się tekstem o Marii Zambrano. Nie tylko mnie uszczęśliwia, ale także przypieczętowuje ostatecznie moje wyznanie, gdy czytam cytat z eseju węgierskiego myśliciela Lukasa:
„Świat tak rozległy wydaje się domem, bo ogień płonący w duszy jest tej samej natury, co gwiazdy. Granice między światem a jednostką, światłem a ogniem są wyraźne, lecz ostateczna obcość nigdy ich nie rozdziela. Gdyż ogień jest duszą każdego światła i w światło odziewa się każdy ogień. W owej dwoistości każdy czyn duszy nabiera cech skończoności i rozumności; staje się doskonały w swym sensie i zrazem doskonały dla zmysłów; jest to doskonałość duszy, spoczywającej w sobie podczas działania”. 

Jakże się cieszę, że nie jestem tu sama, że jestem w tak wspaniałym towarzystwie, że tylko siąść podziwiać i się sycić. Nie śmiem nazwać pozostałych domowników bratnimi duszami, tak są wspaniali, ja ich nawet wszystkich nie znam! Wyobrażacie sobie, co jest przede mną?! Jaka rozkosz poznawania! Tak, tak, właśnie – to znów część odpowiedzi uwielbiam poznawać, odkrywać, dowiadywać się nowego. A ruch, zmiana, ruch, zmiana scalają duszę, integrują mnie w sobie. Doświadczanie nowego, poznawanie w ruchu to odkrywanie siebie i świata, tego co zewnętrzne i tego, co wewnętrzne. To ukojenie, ukołysanie siebie w kołysce świata.
Być może kiedyś wrócę jak Odys, a być może nie, bo zajdę tak daleko, że aż stanę się wędrówką, drogą … dziś biorę sobie do serca, a Wam zostawiam na zakończenie do kontemplacji słowa hiszpańskiego poety Luisa Cernudy: 

Idź dalej, przed siebie i nie powracaj,
Wierny do końca swej drogi i życia,
Nie tęsknij za łatwiejszym losem,
Stopy stawiaj na ziemi wcześniej nie odkrytej,
Oglądaj to, czego oczy twoje nigdy nie widziały.

**


Ten tekst jest wyznaniem, które niezbyt łatwo było mi upublicznić, ponieważ wobec niektórych osób, chciałabym uchodzić za kogoś, kto wcale nie musi być w ruchu. Prawdopodobnie niesłusznie, bo być może kochają mnie dokładnie taką jaką jestem teraz :) albo nie kochają mnie wcale, ale wtedy i tak nie warto zabiegać o ich względy. Tak czy siak opublikowanie tego tekstu jest wyjściem poza mój strach. Tego właśnie uczy droga. 

Ten tekst jest dla Arka, mojego wieloletniego Przyjaciela. Dziękuję. 


Książka, o której pisałam to: Z myśli hiszpańskiej i iberoamerykańskiej. Filozofia. Literatura. Mistyka, praca zbiorowa pod redakcją M. Jagłowskiego i D. Sepczyńskiej, Olsztyn 2006. Artykuł o Marii Zambrano napisała Judyta Wachowska; jego tytuł brzmi: Maria Zambrano: nomadyzm jako przestrzeń wolności.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Siedem złotych księżyców



Ociągałam się z tym postem dość długo. Tytuł miałam gotowy, wpis mniej więcej przemyślany, a jednak wciąż zwlekałam, czegoś mi brakowało. Miałam przeczucie, że jeszcze czegoś potrzebuję na coś czekam, że powinnam trenować cierpliwość, co łatwe nie jest, bo z natury tej cechy nie posiadam. Szukałam ich – siedmiu złotych księżyców - w różnych miejscach aż w końcu dałam spokój, bo chyba wyglądałam jak pies z nosem przy ziemi, zaglądający w każde zarośla, więc zaprzestałam poszukiwań, rozluźniłam się, wyprostowałam, spojrzałam w górę i wtedy - jak się można było spodziewać - siedem złotych księżyców zaświeciło na niebie: 


Andersen w Katowicach
Na wernisaż Festiwalu Sztuki Naiwnej jadę z Arkiem. Będą tu wystawiane obrazy Małgorzaty – akurat te, które bardzo lubię „anderseny” kolorowe, radosne obrazki z czarnymi figurkami tańczących par lub kotów. Jak pamiętacie baśnie Andersena są mroczne i tragiczne, więc to zestawienie z barwną, przywodzącą na myśl dziecięce malowanki, stylistyką fascynuje mnie i uwodzi. Wystroiłam się w czerwoną sukienkę, teraz będę pasować jak ulał do tych obrazów. Gdy przyjeżdżamy na miejsce gra orkiestra, a na straganach można kupić balony i watę cukrową. Jak cudowne, naiwne piękno! To właśnie tutaj słyszę słowa: siedem złotych księżyców. Nie liczę ich, ale myślę, że na obrazach, które oglądam jest znacznie więcej księżyców, a także mnóstwo, mnóstwo kotów, rowerów (które najczęściej szybują na tle nocnego nieba), pań z kwiatami we włosach i aniołów. Oglądam z Arkiem obrazy, dzielimy się wrażeniami, zamyślamy, śmiejemy, komentujemy … I jeszcze robimy sobie zdjęcia z Małgorzatą i jej obrazami. Jest w nas radość i entuzjazm. 

To pierwszy księżyc – obcowanie ze sztuką, wrażliwością i wyobraźnią drugiego człowieka. 
 

Przenieśmy się teraz w stronę drugiego księżyca - na kurs portugalskiego. To ostatnia lekcja. Mamy dla Pedrity - naszej młodej brazylijskiej żywiołowej nauczycielki tomik wierszy i kwiaty. Pedrita jak zawsze cieszy się spontanicznie, podskakuje i piszczy. My cieszymy się z jej radości, ale smutno nam, że to ostatnie czwartkowe spotkanie. Polubiliśmy się i zżyli. I choć nici tego uczucia są jeszcze lekkie jak pajęczyna, to dla nas wszystkich ta sympatia i przyzwyczajenie są niesamowicie przyjemne. Tego wieczoru odnajdujemy się nawzajem na fejsbuku. Może boimy stracić się z oczu? Odpowiem za siebie – tak, ja chcę dalej spotykać Jakuba, tańczącego angolskie tańce, których nazw nie potrafię spamiętać ani wymówić; Agnieszkę, która zrezygnowała z dobrej pracy i wyjechała do Brazylii; Michała, który oddał serce pszczołom i pszczelarstwu, Magdę, żonę Portugalczyka, która z miną niewiniątka zadaje trudne pytania, Damiana, który rzucił wszystko i wyruszył do Hiszpanii, a teraz marzy o camino i oczywiście naszą professorę, która pragnie na zawsze zamieszkać w Polsce. Lubię ich wszystkich bardziej, niż sądziłam. 

To drugi księżyc – polubić kogoś bez powodu. 

Gdy wydaje mi się, że nie widzę już reszty księżyców, przychodzi do mnie zdanie - tam skarb twój, gdzie serce twoje. To z ewangelii św. Mateusza. Nie muszę długo zastanawiać się, gdzie moje serce, bo odpowiedź pojawia się nadspodziewanie szybko. Wybieram się na dwa etapy polskiego camino, trasa z Opola do Skorogoszczy – takie weekendowe zorganizowane pielgrzymowanie. Nie mam zbyt wielkich oczekiwań, ale czuję, że powinnam to zrobić. Moje przeczucia są słuszne, bo tu złote księżyce zbieram jak czereśnie prosto z drzewa. W kościele pod wezwaniem św. Norberta i św. Ducha ksiądz udziela nam błogosławieństwa. Mówi swobodnie, jasnym, donośnym głosem i gestykuluje całym ciałem potrząsając ramionami. Jego wiara jest żywa, a właściwie żwawa jak samba, gdy opowiada: święty Jacek wynosił z pożaru figurkę Jezusa. A wtedy Maria zapytała go, dlaczego nie zabierze i jej figury. Jacek odpowiedział, że jest zbyt ciężka, a on nie ma tyle siły. A spróbowałeś? – zapytała Matka Jezusa z wyrzutem. Gdy święty wziął ją do rąk, okazało się, że jest lekka jak piórko. Próbujcie, zmieniajcie swoje życie, przemieniajcie swoje serca! – nawołuje ksiądz. A ja czuję się podwójnie na właściwej drodze - caminowo i życiowo. 


To trzeci i czwarty księżyc – oddać czemuś serce, co przynosi spełnienie oraz zaufać znakom, które prowadzą. 


Dalej pielgrzymka – docieramy do domu kultury, gdzie mamy dostać posiłek. Przed budynkiem stoi kucharz i zapędza nas do środka niczym owce. To postawny mężczyzna z wydatnym brzuchem jak przystało na jego profesję i poczciwością wymalowaną na twarzy tak doskonale, że nie sposób pomylić jej z niczym innym. Macha ręką i pokrzykuje: wchodzić! Wchodzić! Jedzenie czeka! Mieliście być wcześniej! Potem szybko nakrywa do stołu, wnosi wazy z bograczem. Chodzi wzdłuż stołów, zagląda nam w talerze i sprawdza ile kto zjadł.
- A czemu to poskładali te talerze?!  - krzyczy na nas znowu – nie zjedzone przecież wszystko! Teraz będą rozkładać i dalej jeść! Bez zjedzonego nie pójdą!
Czuję się jakbym przyjechała do babci, zaopiekowana po uszy. Sądząc po minach innych pielgrzymów mają to samo uczucie. 

To piąty księżyc – dać się zaopiekować komuś obcemu. 

Wieczór spędzamy nad Balatonem – tak się nazywa tutejsze jeziorko. W programie jest pływanie kajakiem i ognisko. Zdejmuję buty, podwijam spodnie i wskakuję do kajaka z Kasjanem (bratem Kajetana). Nigdy wcześniej nie wiosłowałam, nawet nie miałam wiosła w ręku, więc Kasjan udziela mi krótkiego instruktażu i wypływamy na pełne wody. Zapada zmrok. Dryfujemy na środku jeziora, na jednym brzegu widać wysoki płomień ogniska, z drugiego dochodzą dźwięki dziarskiej melodii – to miejscowa orkiestra ćwiczy przed jutrzejszą paradą, w górze gwiazdy.  Życie jest piękne! – wołam w niebo i zabieram do kieszeni


szósty złoty księżyc – zachwyt chwilą.  


Kasjan śmieje się ze mnie i żartuje, że zamiast Madaleny siedzi za nim euforia. Nie przyzna się do tego, ale jemu też się ta chwila bardzo podoba. 

Siódmy złoty księżyc to tęsknota.

Jest jej we mnie ostatnio bardzo dużo. Czuję się wręcz owładnięta tęsknotą. Dotychczas zawsze myślałam o tęsknocie jako o uczuciu negatywnym, ale teraz wiem, że to nieprawda. Z tęsknoty człowiek robi rzeczy wielkie, wspanialsze i bardziej doniosłe niż te, które zrobiłby z obowiązku lub dla przyjemności. Bo w tęsknocie jest element oczekiwania na nadejście tego, za czym lub za kim tęsknimy. Jeśli kochamy, chcemy być lepsi. Starajmy się więc być jak najlepszą wersją samych siebie w tym oczekiwaniu na wytęsknione. Tak myślę – skoro oczekuję wspaniałego, to sama muszę być co najmniej równie wspaniała. Chcę się dobrze przygotować, by potem, gdy już nadejdzie pokazać się w całej krasie. Tęsknota może nas więc czynić lepszymi. A jaką wspaniałą rzeczywistość może wytęsknić taka wspaniała przemieniona przez tęsknotę osoba! 


***
Mam nadzieję, że doszliście ze mną aż do tęsknoty, choć post ten jest bardzo długi i potrzeba było sporo cierpliwości, aby tu dotrzeć. Ale jeśli macie jeszcze chwilkę to powiem Wam, że siedem to nie tylko liczba szczęśliwa, ale i święta. Dodatkowo jako suma trzech i czterech – łączy w sobie to, co duchowe i to, co ziemskie. Księżyc jest symbolem miłości, intuicji, opieki, duszy i natchnienia. Jest pośrednikiem pomiędzy ziemią a niebem. A złoto to oczyszczenie, obfitość i poznanie. I oczywiście bogactwo. Uznajmy więc siedem złotych księżyców za obfite bogactwa duszy, które przenoszą szczęście z nieba na ziemię. 


obrazy Małgorzaty możecie obejrzeć tutaj 





poniedziałek, 8 czerwca 2015

Jeszcze raz caminowo


Kajetan wyruszył na camino, jak sam pięknie to określa – średniowiecznym zwyczajem – z progu swojego domu w Zabrzu do Santiago. W związku z tym przypomina mi się jego pierwsze camino, które przeszłam wraz z nim. Tyle że on podróżował do grobu św. Jakuba, ja zaś w głąb własnej duszy. Dowiedziałam się wtedy wiele o sobie, własnym sercu i miłości. A to, czego się dowiedziałam bardzo mi się podobało. To wtedy powstało powiedzenie „Kocham Cię, idź!”, które dziś w wersji angielskiej można znaleźć na caminowych skarpetkach i przypisuje się je św. Jakubowi, choć to nie do końca prawda, a może po prostu nie cała prawda. Tak właśnie powstają legendy.
Na dodatek w ostatnich dniach było tak bardzo caminowo, że tęsknota we mnie wzbiera i ja także chcę już wyruszyć.  Ale zanim to zrobię opowiem Wam, co się zdarzyło:
Most w Toruniu o świcie
Na konferencję naukową pt. Camino Polaco ja i Kajetan jedziemy pociągiem. W Toruniu będziemy o trzeciej  nad ranem. Mamy nadzieję zdrzemnąć się trochę podczas podróży, ale szybko okazuje się, że nic z tego, bo mamy miejsca w tak zwanym wagonie bez przedziałowym. Ciągle ktoś się przeciska wąskim przejściem między siedzeniami, jest gwar i mnóstwo ludzi. W tych okolicznościach trochę rozmawiamy, trochę zagłębiamy się w internetowe wnętrza naszych smartfonów.  Gdy dojeżdżamy na miejsce okazuje się, że nie ma za bardzo gdzie przeczekać do rana, bo toruński dworzec jest w przebudowie. Idziemy więc obładowani, oprócz plecaków ja ciągnę walizkę pełną skarpetek, a Kajetan niesie  torbę z laptopem. Kierujemy się w stronę centrum, lecz bez konkretnego celu.
- Może napijemy się kawy na stacji? – proponuję – to Shell, będzie caminowo – zachęcam Kajetana. Bo logo tej stacji wzięło się właśnie od muszli świętego Jakuba. Kajetan zgadza się chętnie.
Przesiedzimy, a raczej przestoimy (przy wysokim stoliku nie ma krzesełek) tu ponad godzinę popijając kawę obserwując zabawne, wręcz komediowo charakterystyczne typy odwiedzające stację.
Potem przemierzamy bardzo długi most. Towarzyszy nam wschodzące słońce. Rozlewa się na Wiśle niczym lawa, albo płynny metal. Jest cicho i spokojnie. O czym mogłabym  myśleć w takiej chwili? Ten pejzaż oczywiście sięga mi do serca, przypominam sobie tamte ważne mosty w moim życiu. Ale teraz jest przyjemnie iść i myślę, że co innego go potrzebować, a co innego tak sobie po prostu z poranną radością przemierzać most. Z powrotem będzie zupełnie inaczej – będziemy pędzić jak szaleni, a pot będzie spływał nam po plecach i wpadniemy do pociągu tuż przed odjazdem, zmęczeni i zdyszani, żeby choć na chwilkę przymknąć oczy i się zdrzemnąć po jakichś trzydziestu godzinach bez snu.
Ale teraz wciąż podążamy na konferencję. Zjemy jeszcze śniadanie na nadwiślańskich bulwarach siedząc na pobazgranym murku (kocham cię, lolita; tu byłam; tu można sobie pisać; M+W=WM) i obserwując jak miasto budzi się do życia.
Będę szczera - nie pamiętam zbyt dobrze części merytorycznej konferencji, pamiętam za to bardzo dobrze dwie osoby: Romę i Aleksandrę. Rozmawiałyśmy o naszych wędrówkach, o lękach i pragnieniach, całkowicie caminowo. Ich wielka serdeczność sprawiła, że nie czułam zmęczenia po nieprzespanej nocy tylko radość z poczucia wspólnoty serc i wiary. Na szczęście – jak to się kinestetycznie mówi – jesteśmy od tej pory w kontakcie. Mam nadzieję, że tak zostanie. I być może spotkamy się kiedyś na Drodze.
Wkrótce po konferencji w Toruniu wybieram się na kolejne camiowe spotkanie, tym razem do Piekar. Tę konferencję organizuje Michał, młody podróżnik, niesamowicie charyzmatyczny człowiek, podziwiam jego pasję życia i autentyczne zaangażowanie. I choć nie zawsze się z nim zgadzam, jestem pewna, że to wspaniały chłopak. Porusza się sprężyście z tą piękną pewnością siebie, która wprowadza spokój w miejsce, gdzie Michał akurat się znajduje. Słucham pielgrzymich opowieści, o wędrówkach do Santiago i do Rzymu i takich zupełnie (pozornie) bez celu. Różni nas wiele, wiek, wykształcenie, sposób i miejsce pielgrzymowania, narracja i światopogląd. A jednak łączy nas jeden Duch. Ma dla nas wszystkich miejsce. Znów czuję to samo, co w Toruniu - bezgraniczną wzajemną serdeczność, jedność w różnorodności, akceptację, ufność, zrozumienie, radość z bycia właśnie tu i w tej chwili. Tak samo jest na Drodze. Może właśnie to jest tak atrakcyjne i pociągające, a może wysiłek, który można przełożyć na konkretny cel albo poszukiwanie Boga lub siebie albo jeszcze coś innego. Nie mam pojęcia co nas wzywa, ale wiem co nas łączy. To jest ten sam Duch.

Jeśli chcecie śledzić wędrówkę Kajetana znajdziecie go na fb https://www.facebook.com/camino.from.poland?fref=ts

Jeśli chcecie kupić caminowe skarpetki, które zaprowadzą Was z każdego miejsca na świecie prosto do Santiago zapraszam na priv K40

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Idź za ptakiem waka



Rzeczy (wszystkie?) są ze sobą powiązane, a niektóre spotkania bywają inspirujące, czasami miejsca, zdarzenia i ludzie odciskają na zawsze pieczęć w naszych sercach. Coś się dzieje, snuje, przeplata, drży możliwość …  aby się stało, trzeba dać się poprowadzić, a niekiedy odrobinę podbiec jak za głosem ptaka w zaroślach. Lubię to. Piszę ten wstęp trochę dlatego, żeby się wytłumaczyć, bo nic tu się (pozornie) nie łączy z camino, ani Portugalią, ani nawet z bieganiem, ale jednak …
Chobunasi Eishi, Dama dworu
A tak na marginesie – czy zdarzało Wam się iść za ptakiem? Takim co to, zaśpiewa, zakląska, przechyli głowę, odfrunie kawałek, czeka aż się podejdzie, znów pofrunie albo drepce kawałeczek i znowu poczeka … Przyznam się, że mnie się zdarza do dziś. Wciąż wierzę, że zaprowadzi mnie … no właśnie, że zaprowadzi mnie gdzieś, w sam środek niezwykłej przygody, a potem oczywiście, jak już wykonam wszystkie zadania i pojawię się znów jako bohaterka, będę żyła długo i szczęśliwie.
Ale wracając do tematu. Otóż nigdy w życiu nie interesowałam się Japonią, nic, a nic. No może „Ostatni Samuraj” mnie urzekł, ale naprawdę nic poza tym (Mulan była Chinką – oczywiście, więc odpada).  Niedawno jednak rozczytałam się w  blogu, który częściowo traktuje o Japonii i właśnie te wpisy zaczęły mnie fascynować. Czekałam z niecierpliwością aż pojawi się nowy post. Teksty były bardzo ciekawie napisane i właściwie zakładałam, że czytam je z powodu walorów literackich, a nie tematu. Aż do momentu, gdy na wystawie antykwariatu nie zauważyłam książki z japońskim rysunkiem, weszłam, żeby ją obejrzeć. Notka na okładce głosi, że to powieść o Murasaki, autorce pierwszej powieści. Wyobrażacie sobie – autorką pierwszej powieści na świecie była kobieta! Fascynujące, oczywiście natychmiast ją kupiłam. Książkę Lizy Dalby „Opowieść Murasaki” czyta się świetnie. Dla mnie jako założycielki Fundacji Historii Kobiet powieść o pierwszej autorce pierwszej powieści jest już nie lada gratką, a tu jeszcze wartością dodaną jest Japonia. Wy to pewnie wiecie, ale ja nie miałam pojęcia, że Japonki czerniły zęby, aby dobrze wyglądać. Albo, że haiku jest skróconą wersją waka – ten wiersz składa się pięciu wersów o określonej liczbie sylab według formuły 5-7-5-7-7. Waka jest więc o wiele trudniejsze i o wiele bardziej mi się podoba. Murasaki komunikuje się ze swoimi przyjaciółkami, rodziną, z mężczyznami, którzy jej się podobają właśnie za pomocą tych wierszy. Co za wyjątkowa sztuka, trzeba przecież nie tylko umieć napisać, ale i zinterpretować wiersz, na przykład taki:
Niepewna, czy
naprawdę to się zdarzyło,
O szarym świcie
z trudem dostrzegam
kwiaty powoju*
Spróbujcie, podpowiem, że ten wiersz jest korespondencją z pewnym pułkownikiem.
Moim zdaniem jest w tym coś niezwykle ekscytującego, podniecająca niepewność, czy moja interpretacja jest trafna. I czy adresat też właściwie odczytał treść.  I tak sobie myślę, czy przypadkiem życie nie podsyła nam takich waka, a zadanie polega na tym, żeby właściwie je rozszyfrować? Wiecie o co chodzi, te wszystkie cytaty a propos, które akurat pojawiają się na fb, książki, które wpadają w ręce, opowieści analogiczne do naszej historii, spotkani ludzie, nieoczekiwane wydarzenie, niespodzianki.  Ja mam takie poczucie, że wciąż otrzymuję waka i czasami bardzo się biedzę nad interpretacją, innym razem – w lot pojmuję, co mi chce powiedzieć, a bywa i tak, że męczę się w niepewności podobnej do zakochania.
Murasaki pisze „Opowieść o księciu Genjim”  - idealnym  kochanku i jego licznych wspaniałych damach. Liza Dalby zaś pisze o Murasaki Shikibu, kobiecie, która poszła za własną legendą, a trzeba mieć na względzie, że jest to mniej więcej 1000 rok. To nie była łatwa droga, można nawet powiedzieć, że to kręta i ciężka ścieżka serca. Ale  nie ma żadnych wątpliwości, że warto było nią pójść. Postać Murasaki fascynuje mnie nie tylko ze względu na jej pisarską profesję, a nawet nie z powodu jej życiowych wyborów, ale dlatego, że Dalby przedstawia ją jako osobę o wielkiej namiętnej duszy, która kocha ludzi i życie. Kocha swoją przyjaciółkę i córkę – ogromną i szczerą miłością, kocha ojca i męża równie namiętnym uczuciem, ale kocha także regenta Michinagę i Chińczyka Ming-gwoka. I każde z tych uczuć jest nieskazitelnie czyste. Wspaniałe. Chodzi o tę miłość, o której już tu pisałam, o taką miłość do wzięcia, która spada na ciebie jak ciepły prysznic. Po prostu jest.  Którą można ująć tak:
Czyż można myśleć
że Japonia jest także
miłością serca?
jest miłością lecz nie jest
różą nie jest różą nie
Ogromnie cieszę się z tego odkrycia. I pomyśleć, że gdybym nie pobiegła za tym ptakiem, nie znalazłabym dla siebie Japonii. Teraz już wiem i przyznałam się do tego przed Zuzanną, Japonia mnie woła, wiem, że muszę się tam wybrać. Ze względu na Murasaki i … nie tylko.

*Liza Dalby, Opowieść Murasaki, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2004.
rysunek Chobunasi Eishi, Dama dworu, Z serii Trzydzieści sześć poetek z książki Sztuka japońska w zbiorach polskich, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988,
Murasaki należy właśnie  do zaszczytnego grona 36 Mistrzyń Poezji.

I adres bloga, o którym wspominałam www.jodlowanie.pl –  profesjonalnie o Japonii ;), choć znajdziecie tam też inne wpisy. Polecam