piątek, 1 stycznia 2016

Margot i pierniczkowa terapia

To nie będzie jeszcze tekst o camino z Faro do Santiago. Długo walczyłam z sobą, bo chciałam już Wam coś o tej drodze opowiedzieć, przypuszczałam, że czekacie i chciałam spełnić te oczekiwania. Lecz w końcu zdecydowałam, że nic na siłę, że ta opowieść musi się we mnie ułożyć, wyciszyć i sama najpierw mnie opowiedzieć, żebym ja mogła przekazać ją dalej. Lecz to camino jest  jeszcze żywe, pulsujące, natrętne, pełne emocji. Jakby wcale się nie skończyło, tam w Santiago, ale wciąż jeszcze trwało …
Aby skrócić to oczekiwanie, mam trochę inny temat, który z kolei od dłuższego już czasu bardzo chce być ujawniony. Ten tekst będzie o tym, że rzeczy materialne są odzwierciedleniem rzeczy duchowych albo inaczej – że mają duchową naturę. Mam na to dwa imponujące dowody. Dowody na istnienie Ducha. Autorką pierwszego jest Margot. A było tak:
Dzwoni telefon. To Margot. Odbieram, a ona jak zwykle szybko oddziela od siebie słowa śmiechem i  tłumaczy mi, że potrzebuje klucze od mojego nowego mieszkania, bo ona je hahaha chce zobaczyć hahaha, a właściwie to nie zobaczyć hahhaaa tylko zmierzyć ścianę, bo ona hhahhaa jest zmęczona i musi wyjechać hahaha. A jak już wyjedzie, to mi na tę ścianę chce coś kupić hahahaa.
Wiem. Nieudolnie próbuje wyłudzić ode mnie klucze, bo chce mi zrobić niespodziankę. Udaję (być może jak i ona równie nieudolnie), że w   ogóle się nie zorientowałam i umawiamy się na przekazanie kluczy. Oddaje mi je w niedzielę wieczorem. Jest tak bardzo zadowolona, że podskakuje jak wróbelek i ma zaróżowione policzki. Na pewno musiała zrobić coś niesamowitego. Ja się nawet spodziewam trochę co, bo Margot poznała moją listę marzeń … Jednak nie pójdę tam od razu sprawdzić, rozkoszuję się tym czasem radosnego oczekiwania, który sobie sama ofiarowuję. Drzwi do pokoju odemknę dopiero następnego dnia, które to drzwi Margot specjalnie zostawiła przymknięte, żebym mogła otworzyć je „jak królowa”.  Wejdę do środka spodziewając się co zobaczę, a mimo to, gdy stanę w obliczu margotowej niespodzianki odbierze mi głos i popłyną łzy, łzy szczęścia wzruszenia, oszołomienia. W pokoju czeka na mnie łóżko z mojej listy marzeń. Tylko, że ono jest milion razy piękniejsze niż to z moich marzeń! Jest olśniewająco wspaniałe! To łóżko jest najpiękniejszym łóżkiem jakie w życiu widziałam i jest moje! I emanuje z niego cała moja nadzieja i wiara i miłość, a także cała nadzieja i wiara i miłość Margot. To łóżko nie jest meblem, lecz miejscem mocy. Wystarczy położyć się na nim, żeby pozyskać nieprawdopodobne ilości energii, radości i chęci życia. Wiem, co mówię, bo robiłam to od tej pory wielokrotnie. Moje łóżko jest przedmiotem, w którym materializuje się to, co duchowe, potwierdzeniem, że wszystko jest możliwe, że marzenia się spełniają … no i że, to nasze życie może być tak fantastycznie, oszałamiająco cudowne, jeśli odważymy się choć na chwilę oddać komuś swoje klucze …
Drugi dowód na istnienie Ducha, wymaga krótkiego wprowadzenia. W moim rodzinnym domu nie było żadnej bożonarodzeniowej tradycji. Oczywiście na stole stawiano określone potrawy, w każde święta odbywał się też określony rytuał ich obchodzenia. Nigdy jednak nie robiliśmy czegoś, co byłoby naszą rodzinną tradycją. Uznałam, że ja taką tradycję wprowadzę i będzie nią pieczenie pierniczków.
Od tego czasu pieczemy z moją córką nieprzebrane ilości pierniczków. Początkowo, gdy Zuzanna była małą dziewczynką pierniczkowa tradycja była bardzo męcząca i wymagająca nie lada cierpliwości. Mąka wychodziła z każdego kąta domu, a polukrowane były nawet buty w przedpokoju. Od pewnego czasu jednak, choć nie wiem dokładnie od kiedy, pieczenie stało się przyjemną to szpiku kości pierniczkową terapią.  
Umawiamy się na to kuchenne spotkanie już na przełomie października i listopada, co i tak nie ma żadnego znaczenia, bo pierniczków ciągle nam za mało i w rezultacie pieczemy je w czterech kolejnych turach. Za każdym razem wygląda to tak samo, lecz wciąż nam się podoba. Centralne miejsce w kuchni zajmuje laptop, mamy tu przepis i na nim włączamy muzykę. Śpiewamy głośno, używamy wałka zamiast mikrofonu, tańczymy ugniatając ciasto, które za każdym razem wychodzi inaczej. Żartujemy, śmiejemy się do rozpuku, omączone po brwi. Robimy całe mnóstwo cudownych niedozwolonych rzeczy! Jak my żyjemy! Żyjemy pełną piersią! Jeśli ktoś wam powiedział, że od gorącego ciasta boli brzuch – nie wierzcie mu! Ja wam mówię, że tak nie jest! Wiem, bo my jemy gorące, wyjęte z pieca pierniczki, które parzą nas w palce, a wcześniej próbujemy surowego ciasta, a potem jeszcze zanurzamy kawałki pierników w kleistym, lejącym się, dopiero co rozrobionym lukrze i unosząc je lekko nad podniesioną głową wkładamy do ust: hobre, hobre - mlaskamy sobie porozumiewawczo z pełnymi ustami.
Dekorujemy pierniczki tematycznie: dwa lata temu były portugalskie, potem patriotyczne – polskie (z braku barwników), teraz caminowe z żółtymi strzałkami i galicyjskie. Gotowe pierniczki rozdajemy na prawo i lewo, rozsyłamy po całym świecie, tak że do świąt ledwo ich starcza. Nie wiem, czy obdarowane osoby mają z tych pierniczków taką radość jak my z ich pieczenia. My jesteśmy w tych dniach razem, z naszą miłością, bliskością, radością, obecne dla siebie nawzajem i same sobie. Jesteśmy matką i córką, kobietami, przyjaciółkami, które chcą być razem i czerpią z tego siłę i radość. Pierniczkowa terapia, co roku informuje nas o tym, jak bardzo jesteśmy sobie bliskie i jak bardzo jest nam z tym przyjemnie. To jest Miłość. Tak w naszych pierniczkach manifestuje się Duch.
Spytacie, czy leżałam na moim łóżku, zajadając pierniczki? Odpowiem – nie. Bo dopiero teraz, podczas pisania tego tekstu przyszło mi to do głowy. Zrobię to w przyszłym roku. Tyle miłości w jednym łóżku! Ho, ho, ho! Margot będzie się cieszyć.  

W PS:
Chciałabym, żebyście wiedzieli, że do mojego mieszkania, oprócz łóżka od Margot, dostałam mnóstwo pięknych rzeczy od moich przyjaciół i jeszcze na pewno tu o tym napiszę, bo to nie byle co mieć takie miejsce, że gdzie nie spojrzysz widzisz miłość i wiesz, że nie jesteś sama.  
Margot, słowo dziękuję nie oddaje tego, co czuję, wiesz o tym. Zresztą za miłość się nie dziękuje. Przyjmuje się ją i rozkoszuje.

czwartek, 22 października 2015

Kiedy droga jest domem



Już od mojej podróżniczej inicjacji miałam wyrzuty sumienia. Za każdym razem, gdy wyruszałam musiałam tłumaczyć sobie i innym dlaczego to robię i słowami gładkimi jak niedzielny obiad uśmierzać niepokój, że coś jest ze mną nie tak. Wszystko skończyło się radykalnie i nieodwołalnie wraz z tegorocznym camino, którego już się nie da w ten sposób obłaskawić, ugłaskać i ugrzecznić. Nawet najbardziej zdawkowa opowieść o tej Drodze pokazuje jak bardzo była ona szalona, dzika, nieokiełznana, nieprzewidywalna, fascynująca, wciągająca, nieprzewidywalna, niebezpieczna, ukochana, uspokajająca, stabilizująca, pobożna, święta. Jak bardzo ta Droga była i jest przy mnie/we mnie wciąż. Wszystko zaczęło się od smsa do Kajetana już pierwszego dnia gdy zarzuciłam plecak, zrobiłam kilka kroków, a gdy ogarnęło mnie to uczucie błogości, które psychologowie nazywają przepływem, napisałam: Wędrując czuję się jak u siebie. Witaj w domu – odpisał. 

Zapraszam więc Was do mnie, rozgościcie się proszę, tutaj można usiąść przy drodze, na tym wygiętym konarze i popatrzeć na pole słoneczników, jeśli ktoś woli cień, będzie mu lepiej pod palmą albo tutaj na skraju lasu, gdzie pachnie eukaliptusem. Zaraz podam chłodną wodę z fontanny przy drodze. A może hiszpańskie wino z plastikowej butelki? Czy ktoś chciałby ukraiński kwas chlebowy? Rumianek podawany w Portugalii jako herbata? Może ktoś spragniony opowieści? To wszystko będzie, Portugalia, Hiszpania, a potem jeszcze Ukraina, krok za krokiem … 

Idę więc, a mój umysł z wytrwałością godną biegacza poszukuje wytłumaczenia, dlaczego jestem tu u siebie, dlaczego tak dobrze się czuję, dlaczego droga jest domem. Choć tak naprawdę mojemu umysłowi, który w tej sprawie akurat kooperuje z ego a nie z sercem, nie chodzi o wyjaśnienie, lecz usprawiedliwienie. A usprawiedliwienia nie ma, dlatego biedaczyna nie może go znaleźć. (Usprawiedliwienia nie ma, jest wybór). Z tego też powodu moja towarzyszka Dob nie przyjmuje do wiadomości, że jestem nomadką.
- Nie jesteś nomadką! – prawie podnosi głos do krzyku – nie możesz być! Musisz się jakoś urządzić każdy musi mieć jakieś miejsce! Każdy musi normalnie żyć!
Te słowa wprawiają mój umysł w szaleńcze poruszenie, pędzi teraz jak chomik w kołowrotku i dalej nic. Nic a nic. Przypomina mi się za to wiersz Bronisławy Ostrowskiej: 

Magdaleno, ciszo polna,
Magdaleno, ciszo leśna,

Która zlewasz mi pod nogi
Miłosierny balsam drogi
i ocierasz włosy swemi
stopy, pylne kurzem ziemi

z wszechboleści - bezboleśna,
z wszechniewoli - siostro wolna,

Dzięki tobie- ciszo leśna...
Dzięki tobie- ciszo polna...

Powtarzam go sobie w myślach, bo jest piękny, bo jest o Magdalenie, o drodze, o wolności. Bo droga jest balsamem, bo droga jest miłosierna i wybaczająca. Gdy boli i choruje dusza, powinno się wypisywać receptę na drogę. Nie ma lepszego lekarstwa, skuteczniejszej terapii. Droga jest jak miłość – nie szuka swego, daje siłę i nadzieję, jest cierpliwa i uczy cierpliwości, a jeśli zaufasz doświadczysz cudu. 

Powtarzam więc wiersz w myślach i gdy podnoszę różowy kamień spod nóg, wiem, że znalazłam część odpowiedzi, która brzmi – ponieważ w drodze lubię siebie. Bardzo lubię siebie. Teraz to poezja naprowadziła mnie na ten ślad, za kilka tygodni powiem Kajetanowi w Odessie – to między innymi sztuka sprawiła, że mogliśmy przetrwać jako ludzkość. I jeszcze więcej się wydarzy – tam po wyjściu z Muzeum Puszkina przyznam, że to właśnie literatura jest moim drugim domem.  
I tak oto wyruszyłam w drogę bezdomna, a teraz okazuje się, że mieszkam pięknie w dwóch wspaniałych domach, rozległych jak step po niekończący się horyzont, przytulnych jak opiekuńcze ramiona, dobrych jak chleb. Tych domów nikt nie może mi zabrać, ani zburzyć, przejąć, zająć, czy zawłaszczyć. Nikt nie może mnie z nich wymeldować, ani wyrzucić. Nie da się tego zrobić, ponieważ ja ich nie posiadam, a mimo to je mam. Dlatego serce to rozumie, a ego nie.
Czuję się usatysfakcjonowana, nawet umysł się wyciszył, ułożył się wygodnie i czeka na niewiadomo co. I wtedy pojawia się ona – moja nagroda.  

Zalazłam tę książkę w katalogu internetowym, szukałam oczywiście czegoś innego. Wypożyczam ją tylko ze względu na tytuł (Z myśli hiszpańskiej i iberoamerykańskiej. Filozofia. Literatura. Mistyka) i moich hiszpańskich, poznanych w drodze znajomych Miguela i Jose. Niczego się po niej nie spodziewam. Przeglądam ją może nawet po części dlatego, żeby się później pochwalić, że znam coś hiszpańskiego …  Przeglądam  ją z zainteresowaniem, lecz nie oczekując niczego … A tu nagle, niespodziewanie, bez ostrzeżenia wychodzi mi na spotkanie Maria Zambrano, filozofka i eseistka, o której mówi się, że należała do pokolenia „Hiszpanii pielgrzymującej” (żyła w latach 1904 -1991) i pisała o byciu w drodze. A jak ona o tym pisała! Powiem Wam jeszcze, że była pierwszą kobietą, której przyznano literacką nagrodę Miguela Cervantesa.  

Zachłystuję się tekstem o Marii Zambrano. Nie tylko mnie uszczęśliwia, ale także przypieczętowuje ostatecznie moje wyznanie, gdy czytam cytat z eseju węgierskiego myśliciela Lukasa:
„Świat tak rozległy wydaje się domem, bo ogień płonący w duszy jest tej samej natury, co gwiazdy. Granice między światem a jednostką, światłem a ogniem są wyraźne, lecz ostateczna obcość nigdy ich nie rozdziela. Gdyż ogień jest duszą każdego światła i w światło odziewa się każdy ogień. W owej dwoistości każdy czyn duszy nabiera cech skończoności i rozumności; staje się doskonały w swym sensie i zrazem doskonały dla zmysłów; jest to doskonałość duszy, spoczywającej w sobie podczas działania”. 

Jakże się cieszę, że nie jestem tu sama, że jestem w tak wspaniałym towarzystwie, że tylko siąść podziwiać i się sycić. Nie śmiem nazwać pozostałych domowników bratnimi duszami, tak są wspaniali, ja ich nawet wszystkich nie znam! Wyobrażacie sobie, co jest przede mną?! Jaka rozkosz poznawania! Tak, tak, właśnie – to znów część odpowiedzi uwielbiam poznawać, odkrywać, dowiadywać się nowego. A ruch, zmiana, ruch, zmiana scalają duszę, integrują mnie w sobie. Doświadczanie nowego, poznawanie w ruchu to odkrywanie siebie i świata, tego co zewnętrzne i tego, co wewnętrzne. To ukojenie, ukołysanie siebie w kołysce świata.
Być może kiedyś wrócę jak Odys, a być może nie, bo zajdę tak daleko, że aż stanę się wędrówką, drogą … dziś biorę sobie do serca, a Wam zostawiam na zakończenie do kontemplacji słowa hiszpańskiego poety Luisa Cernudy: 

Idź dalej, przed siebie i nie powracaj,
Wierny do końca swej drogi i życia,
Nie tęsknij za łatwiejszym losem,
Stopy stawiaj na ziemi wcześniej nie odkrytej,
Oglądaj to, czego oczy twoje nigdy nie widziały.

**


Ten tekst jest wyznaniem, które niezbyt łatwo było mi upublicznić, ponieważ wobec niektórych osób, chciałabym uchodzić za kogoś, kto wcale nie musi być w ruchu. Prawdopodobnie niesłusznie, bo być może kochają mnie dokładnie taką jaką jestem teraz :) albo nie kochają mnie wcale, ale wtedy i tak nie warto zabiegać o ich względy. Tak czy siak opublikowanie tego tekstu jest wyjściem poza mój strach. Tego właśnie uczy droga. 

Ten tekst jest dla Arka, mojego wieloletniego Przyjaciela. Dziękuję. 


Książka, o której pisałam to: Z myśli hiszpańskiej i iberoamerykańskiej. Filozofia. Literatura. Mistyka, praca zbiorowa pod redakcją M. Jagłowskiego i D. Sepczyńskiej, Olsztyn 2006. Artykuł o Marii Zambrano napisała Judyta Wachowska; jego tytuł brzmi: Maria Zambrano: nomadyzm jako przestrzeń wolności.

piątek, 31 lipca 2015

Cukierki Cioci Romy



Wiele rzeczy działo się szybko jedne po drugich, a właściwie ja je trochę nadziewałam moim pragnieniem, a potem puszczałam wolno, żeby się już działy same, dowolnie i spontanicznie. A ja siedziałam, a raczej chodziłam w samym środku tego dziania się, mnie zaś nachodziły różne myśli i uczucia. Byłam w wielu miejscach i spotkałam wielu ludzi, wysłuchałam też wiele opowieści. Niektóre z nich urzekły mnie tak bardzo, że chciałam posłuchać dalszych ciągów albo prologów. I właśnie  dlatego znalazłam się u Romy, którą wcześniej poznałam na konferencji w Toruniu (pisałam tu o tym). Ale zrobiłam także ten fantastyczny życiowy manewr – w powodzi możliwości wybrałam jedną, w niewielkim stopniu racjonalną i dałam się jej poprowadzić. A może ponieść…?
czekoladka od Romy
25 lipca przypada święto Jakuba Apostoła. W Santiago to wielki festyn, ale i w naszych polskich jakubowych parafiach w tym dniu mnóstwo się dzieje. Ja jadę do Torunia, ponieważ w pobliskiej gminie Ciechocin odbędzie się I półmaraton szlakiem św. Jakuba, a także festiwal, na którym zamierzam wystawić caminowe skarpetki. Teraz jednak podróżuję pociągiem i zastanawiam się, co ja tu właściwie robię i co znów mi do głowy strzeliło. Dlaczego ciągle jestem w drodze i czy nie mogłabym jakoś bardziej statycznie spędzić czasu. Moje rozmyślania raz po raz przerywa młody mężczyzna, który wsiadł do tego samego przedziału. Rzuca w powietrze krótkie zdania i czeka, czy ktoś je pochwyci. Ale nikt się nie odzywa, ani ja, ani starsza kobieta, która jedzie z nami. Chłopak spogląda na nas sprawdzająco i uśmiecha się od ucha do ucha. Wcale nie chce mi się prowadzić rozmowy z takim wesołkowatym typem, skoro mam swoje myśli ciasno upakowane w głowie, lecz mimo to dopytuję niezobowiązująco o jakiś niezbyt ważny detal. I wtedy on mnie łapie i już nie wypuszcza z potoku swojej historii. Stoję tam zupełnie obezwładniona jak pod wodospadem. Dowiaduję się, że pracuje za granicą, w tartaku, że dopiero co urodził mu się syn, a córka ma już sześć lat, że świetnie zarabia i żona nie musi pracować. I że rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał osiemnaści lat, a wtedy jako najstarszy przejął opiekę nad trójką swojego rodzeństwa. No co mam powiedzieć?! jestem pod wrażeniem! Co tam pod wrażeniem! Jestem pełna podziwu! To jest człowiek sukcesu – myślę – to jest dopiero ktoś! I karcę się w duchu, że taka byłam oporna, że mało brakowało, a nigdy bym tej opowieści nie usłyszała. Gdy wysiada, życzę mu powodzenia. Z całego serca. Choć chyba nie muszę, bo on ma to powodzenie we krwi.  A wraz ze swoją opowieścią rozdaje je darmowo na prawo i lewo.
medal z Półmaratonu szlakiem św. Jakuba
Roma czeka na mnie na peronie. Gdy przyjeżdżamy do domu, stawia przede mną własnoręcznie upieczone ciasto, owoce z ogrodu jej rodziców, masło, miód, słodycze. I chociaż słodycze to zwykłe czekoladki ze sklepu, to one robią na mnie największe wrażanie. Roma dostała je od cioci, siostry swojej mamy. Ciocia przywozi cukierki, bo kiedyś, gdy była dzieckiem dostawała cukierki od swojej starszej siostry, czyli właśnie mamy Romy, która pojechała do szkoły z internatem, lecz gdy przyjeżdżała do domu, zawsze przywoziła cukierki. Dziewczyna nie miała za wiele pieniędzy, tyle co na bilety kolejowe i tramwajowe, ale za wszystko, co udało jej się zaoszczędzić (może czasem chodziła pieszo zamiast jechać tramwajem?) kupowała malinowe landrynki dla siostry. Ciocia Romy twierdzi, że te malinowe landrynki, to najlepsze cukierki jakie w życiu jadła. I dlatego dziś ona kupuje cukierki i rozdaje dzieciom albo dorosłym już siostrzenicom i siostrzeńcom. Myślę, że ma rację, że jej landrynki mają najwspanialszy smak siostrzanej miłości, szczerego dzieciństwa, radości ze spotkania z kochaną osobą. I mają w sobie całą tę nadzieję, którą znamy wszyscy - nawet jeśli to dzieciństwo nie było najlepsze z możliwych - że świat czeka na nas, żeby się otworzyć i odsłonić wszystkie skarby, które my będziemy mogli czerpać pełnymi garściami. Ciocia Romy rozdając dziś cukierki, oddaje całe dobro które wtedy otrzymała. Oddaje je w całkiem innej słodkiej walucie i innym ludziom, ale to jest wciąż to samo pełne miłości i wdzięczności dobro.
Kościół w Ciechocinie
Po półmaratonie, który był dla mnie jednym z trudniejszych biegów w jakich brałam udział, siedzę sobie – jeszcze w biegowych ciuchach – w małym kościółku w Ciechocinie. Rozglądam się z ciekawością po wnętrzu, szukam wizerunku mojego ulubionego Świętego Antoniego, czekam na rozpoczęcie mszy. Na lewo od ołtarza widzę obraz, na którym Antoni trzyma na rękach małego Jezusa. Spoglądam w górę, aby przyjrzeć się sufitowi, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie spływa na mnie wybaczenie. Domyślacie się zapewne, że czułam się skrzywdzona, pisałam tu o tym trochę. Próbowałam się z tym uczuciem uporać na różne sposoby. Bardzo się starałam. Bardzo się starałam. Bardzo się starałam. A teraz bez żadnych starań z mojej strony – wybaczyłam, a właściwie otrzymałam to wybaczenie jak malinowe landrynki! Jaka poczułam się szczęśliwa! Uwolniona! Pełna wdzięczności! Nie muszę już pytać: dlaczego? Dlaczego? Co się stało? Nie muszę się dręczyć! Wybaczyłam, dostałam to wybaczenie, aby wybaczyć! Teraz mogę tylko dziękować. Dziękować, dziękować i być wdzięczna. I jestem.
Wracam do domu bogatsza, o wiele, wiele bogatsza, mam opowieść chłopaka z pociągu, malinowe landrynki i wybaczenie. Opieram głowę o okno, zamykam oczy i zasypiam. Gdy się rozpakowuję, znajduję w torebce czekoladkę od Romy, którą wręczyła mi na mecie. Trzymam w dłoni, zastanawiam się czy zjeść i postanawiam jeszcze ją zachować. Przez kilka następnych dni, będę wciąż badać moje serce, czy wybaczenie naprawdę tam jest. Chcę mieć pewność, zanim komuś to wyznam.
A Romie nie powiedziałam jeszcze nic o tym, co się wydarzyło. Mam nadzieję, że się ucieszy, jeśli przeczyta ten tekst. I powiem Wam, że jestem jej niesłychanie wdzięczna choćby za to, że odstąpiła mi własne łóżko, że była świetną ekipą techniczną na moim biegu, że bez niej w ogóle nie dotarłabym z Torunia do Ciechocina. Ale wiem także, że wcale nie muszę jej osobiście przekazywać mojej wdzięczności, że malinowe landrynki mogę ofiarować kiedy indziej i komu innemu. I tak będzie dobrze.




prezentacja skarpetek. Fot. A. Wojdyło

czwartek, 16 lipca 2015

Komu ja biegnę?



Niewiele ostatnio trenowałam, na zawodach też dość dawno nie byłam, bo jednak nie da się zrobić wszystkiego, a ja dużo pielgrzymuję. Lubię te caminowe przejścia polskim szlakiem św. Jakuba z taką samą intensywnością z jaką kocham bieg, bilans uczuciowy jest więc podobny, ale … ale coś z tym bieganiem jednak się ostatnio dzieje, bo z jednej strony wyraźnie odczuwam brak, z drugiej nie daje mi teraz takiej radości jak kiedyś. A pamiętam przecież świetnie to uczucie satysfakcji, przepływu, tego brania w ramiona całego świata, tego brodzenia w oczyszczających falach cudownego „tu i teraz”! I chcę je z powrotem! Chcę je znów odnaleźć! Muszę je odzyskać!
Umawiam się z Kaśką na zawody w Żarkach. Bieg z duchami. Korzyść podwójna, bo spotkamy się, a na dodatek trochę się pościgamy. Muszę być dobrze przygotowana. Robię ostry trening interwałowy. Kończę spocona, czerwona, ledwo żywa. I co? Skanuje ciało, duszę, serce. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jest. Zadowolenie. Jest. I tyle. Nic więcej. Gdzie się podziało wszystko to wspaniałe i nadprzyrodzone? Cała ta duchowość biegania? Sama kiedyś napisałam, że bieganie to drzwi do transcendencji, autorka – nomen omen – „Biegnącej z wilkami”  twierdzi, że wszelkie czynności mające swój rytm, a więc także bieganie - to sposoby na zawezwanie duszy. No więc co się dzieje?  Przyglądam się swoim medalom i pucharom. Tak, lubię je, cenię, wysiłek, który mnie do nich zaprowadził jest bardzo przyjemny, ale teraz myślę – „a po co mi więcej? Przecież nie będę ich zbierać na kilogramy!”. Czuję się trochę zmieszana tą myślą. O co mi znowu chodzi?! Ale okazuje się, że to właściwy trop, bo kiedy czytam na fejsbuku – masz problem, to go wybiegaj – strasznie się irytuję. Bo nie można problemu wybiegać, tak jak nie można go zapić. Jedyne co można z problemem zrobić, aby się go pozbyć to rozwiązać. Bieganie nigdy nie sprawi, że pozbędziemy się problemów, czy życiowych trudności, bieganie może tylko sprawić, że będziemy gotowi, aby sobie z nimi radzić! Uff… coś znalazłam. Wychodzę więc na trening, bo od dawna już wiadomo, że podczas biegania dobrze mi się myśli. Teraz podbiegi. W górę i w dół, w górę i w dół, z wysiłkiem, rytmicznie, z wysiłkiem, rytmicznie… i udało się! Dusza jest! Jest tu! Obecna! Stawiła się! I wiecie co?! Każe mi się zatrzymać i popatrzeć jak samolot rozcina niebo na pół! Teraz trochę maszeruję, potem znów biegnę bez wysiłku, idę na mostek, żeby postać nad wodą, widok biegacza nadciągającego z naprzeciwka podrywa mnie do biegu. Ale za chwilę znów zwalniam, żeby przyjrzeć się dziewczynie na rolkach.  Wracam do domu spacerowym krokiem, nie zmęczona, a jednak szczęśliwa.  Nie wiem jeszcze, czy właśnie odnalazłam to, co mi zaginęło, ale nadzieja już się rozsiadła w moim sercu jak – nie przymierzając - królowa na tronie. 

Sjesta na hamaku na działeczce u Kaśki
Zanim pobiegniemy, relaksujemy się z Kaśką na działeczce. Leżymy pod lipą, popijając wodę z cytryną i miętą. Rozmawiamy o życiu, dzieciach, mężczyznach, o zawiedzionych nadziejach, odrzuconych uczuciach, rozprawiamy na wszystkie tematy, które podejmują kobiety, gdy siedzą same w ogrodzie. Jest tak przyjemnie i błogo, że wcale nie chce mi się nigdzie stąd ruszać, ale oczywiście zbieramy się, żeby spotkać wszystkie te jurajskie duchy i przebiec zadany na dzisiejszą noc dystans.
orzeźwiająca woda z miętą i cytryną
Biegniemy przez nocny las. Pachnie. Zaczynamy trochę za szybko, chyba dlatego, że Kaśka chce dotrzymać kroku mnie, a ja jej. Chwilę rozmawiamy. Mijają nas inni biegacze, rzucają jakieś słowo, odpowiadamy. Ja w końcu milknę, otulam kocem z ciemności i konturów drzew swoje serce. Kaśka rozmawia z kimś, więc zostaję trochę w tyle. Nie chcę przeszkadzać, ale nie chcę też być zagadywana, wycofuję się w samotność, to źródełko spokoju, które jest przy nas zawsze i czeka tylko, żeby z niego skorzystać. Gdy docieramy do wysokiego podbiegu z zza drzew wyłania się ogromny księżyc. Kaśka przechodzi do marszu, odwracam głowę, żeby zobaczyć co z nią, a ona krzyczy:
- biegnij Magda, biegnij!
Ale ja truchtam w miejscu, czekam na nią, patrzę w złotą hipnotyzującą tarczę księżyca. W połowie podbiegu też przechodzę do marszu. Idziemy we dwie, ramię w ramię. Potem będziemy tak jeszcze szły, zanim miniemy piąty kilometr i ja pobiegnę z rozłożonymi rękami i będę za sobą słyszała śmiech Kaśki. A kiedy stracę siły tuż przed metą, Kaśka biegnąc przede mną znów zawoła „dajesz Magdalena!!!” I ja odzyskam całą moc jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i wyprzedzimy wszystkich i wpadniemy na metą trzymając się za ręce! Które byłyśmy? – nie mam pojęcia. Jaki miałyśmy czas – też nie wiem. Nie potrzebuję tej wiedzy. I nie potrzebowałam jej, kiedy rzuciłam się Kaśce na szyje i wyznałam – „Cudownie się z Tobą biega”, a ona przytuliła mnie mocno. Tak, tak, macie rację  – to właśnie ta chwila – oto odnalazło się to, co zgubiłam, otworzyły się te drzwi, które przez ostatni czas były zatrzaśnięte.
A gdy następnego dnia przemyślałam to wszystko od nowa, uświadomiłam sobie po raz kolejny, że jedyną stałą tego świata jest zmiana, że bieg da mi to, czego pragnę i potrzebuję, ale nie w ten sam sposób. Że być może wciąż musimy szukać nowych sposobów na pozyskanie, tego co nas wzmacnia, rozwija i żywi. Że to wszystko jest dostępne, lecz w labiryncie wszystkich naszych spraw musimy wciąż szukać metod jak bez rutyny czerpać radość z obfitości świata, cały czas od nowa znajdować drogę do własnej duszy.
Komu ja biegnę? Sobie biegnę i swojemu sercu. I Kaśce biegnę, i Małgorzacie i mojej córce Zuzannie, biegnę moim przodkom i potomkom, biegnę tym, którzy mnie kochają i tym, którzy oczekują pomocy, biegnę szukającym drogi i tym, którzy stracili nadzieję, biegnę do życia, do śmierci, biegnę do trudności, porażek i zwycięstw, biegnę, żeby ożywić, to, co umarło, i pogrzebać to, co się już nie narodzi, biegnę tym, którzy zwalniają, żeby dotrzymać mi kroku i tym, którzy biegną przede mną, biegnę tym, którzy zostali za mną i tym, którzy mnie porzucili, biegnę tym, którzy czekają po tamtej stronie, biegnę i tej osobie, która czeka z bukietem kwiatów na mecie. Biegnę światu.