czwartek, 16 lipca 2015

Komu ja biegnę?



Niewiele ostatnio trenowałam, na zawodach też dość dawno nie byłam, bo jednak nie da się zrobić wszystkiego, a ja dużo pielgrzymuję. Lubię te caminowe przejścia polskim szlakiem św. Jakuba z taką samą intensywnością z jaką kocham bieg, bilans uczuciowy jest więc podobny, ale … ale coś z tym bieganiem jednak się ostatnio dzieje, bo z jednej strony wyraźnie odczuwam brak, z drugiej nie daje mi teraz takiej radości jak kiedyś. A pamiętam przecież świetnie to uczucie satysfakcji, przepływu, tego brania w ramiona całego świata, tego brodzenia w oczyszczających falach cudownego „tu i teraz”! I chcę je z powrotem! Chcę je znów odnaleźć! Muszę je odzyskać!
Umawiam się z Kaśką na zawody w Żarkach. Bieg z duchami. Korzyść podwójna, bo spotkamy się, a na dodatek trochę się pościgamy. Muszę być dobrze przygotowana. Robię ostry trening interwałowy. Kończę spocona, czerwona, ledwo żywa. I co? Skanuje ciało, duszę, serce. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jest. Zadowolenie. Jest. I tyle. Nic więcej. Gdzie się podziało wszystko to wspaniałe i nadprzyrodzone? Cała ta duchowość biegania? Sama kiedyś napisałam, że bieganie to drzwi do transcendencji, autorka – nomen omen – „Biegnącej z wilkami”  twierdzi, że wszelkie czynności mające swój rytm, a więc także bieganie - to sposoby na zawezwanie duszy. No więc co się dzieje?  Przyglądam się swoim medalom i pucharom. Tak, lubię je, cenię, wysiłek, który mnie do nich zaprowadził jest bardzo przyjemny, ale teraz myślę – „a po co mi więcej? Przecież nie będę ich zbierać na kilogramy!”. Czuję się trochę zmieszana tą myślą. O co mi znowu chodzi?! Ale okazuje się, że to właściwy trop, bo kiedy czytam na fejsbuku – masz problem, to go wybiegaj – strasznie się irytuję. Bo nie można problemu wybiegać, tak jak nie można go zapić. Jedyne co można z problemem zrobić, aby się go pozbyć to rozwiązać. Bieganie nigdy nie sprawi, że pozbędziemy się problemów, czy życiowych trudności, bieganie może tylko sprawić, że będziemy gotowi, aby sobie z nimi radzić! Uff… coś znalazłam. Wychodzę więc na trening, bo od dawna już wiadomo, że podczas biegania dobrze mi się myśli. Teraz podbiegi. W górę i w dół, w górę i w dół, z wysiłkiem, rytmicznie, z wysiłkiem, rytmicznie… i udało się! Dusza jest! Jest tu! Obecna! Stawiła się! I wiecie co?! Każe mi się zatrzymać i popatrzeć jak samolot rozcina niebo na pół! Teraz trochę maszeruję, potem znów biegnę bez wysiłku, idę na mostek, żeby postać nad wodą, widok biegacza nadciągającego z naprzeciwka podrywa mnie do biegu. Ale za chwilę znów zwalniam, żeby przyjrzeć się dziewczynie na rolkach.  Wracam do domu spacerowym krokiem, nie zmęczona, a jednak szczęśliwa.  Nie wiem jeszcze, czy właśnie odnalazłam to, co mi zaginęło, ale nadzieja już się rozsiadła w moim sercu jak – nie przymierzając - królowa na tronie. 

Sjesta na hamaku na działeczce u Kaśki
Zanim pobiegniemy, relaksujemy się z Kaśką na działeczce. Leżymy pod lipą, popijając wodę z cytryną i miętą. Rozmawiamy o życiu, dzieciach, mężczyznach, o zawiedzionych nadziejach, odrzuconych uczuciach, rozprawiamy na wszystkie tematy, które podejmują kobiety, gdy siedzą same w ogrodzie. Jest tak przyjemnie i błogo, że wcale nie chce mi się nigdzie stąd ruszać, ale oczywiście zbieramy się, żeby spotkać wszystkie te jurajskie duchy i przebiec zadany na dzisiejszą noc dystans.
orzeźwiająca woda z miętą i cytryną
Biegniemy przez nocny las. Pachnie. Zaczynamy trochę za szybko, chyba dlatego, że Kaśka chce dotrzymać kroku mnie, a ja jej. Chwilę rozmawiamy. Mijają nas inni biegacze, rzucają jakieś słowo, odpowiadamy. Ja w końcu milknę, otulam kocem z ciemności i konturów drzew swoje serce. Kaśka rozmawia z kimś, więc zostaję trochę w tyle. Nie chcę przeszkadzać, ale nie chcę też być zagadywana, wycofuję się w samotność, to źródełko spokoju, które jest przy nas zawsze i czeka tylko, żeby z niego skorzystać. Gdy docieramy do wysokiego podbiegu z zza drzew wyłania się ogromny księżyc. Kaśka przechodzi do marszu, odwracam głowę, żeby zobaczyć co z nią, a ona krzyczy:
- biegnij Magda, biegnij!
Ale ja truchtam w miejscu, czekam na nią, patrzę w złotą hipnotyzującą tarczę księżyca. W połowie podbiegu też przechodzę do marszu. Idziemy we dwie, ramię w ramię. Potem będziemy tak jeszcze szły, zanim miniemy piąty kilometr i ja pobiegnę z rozłożonymi rękami i będę za sobą słyszała śmiech Kaśki. A kiedy stracę siły tuż przed metą, Kaśka biegnąc przede mną znów zawoła „dajesz Magdalena!!!” I ja odzyskam całą moc jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i wyprzedzimy wszystkich i wpadniemy na metą trzymając się za ręce! Które byłyśmy? – nie mam pojęcia. Jaki miałyśmy czas – też nie wiem. Nie potrzebuję tej wiedzy. I nie potrzebowałam jej, kiedy rzuciłam się Kaśce na szyje i wyznałam – „Cudownie się z Tobą biega”, a ona przytuliła mnie mocno. Tak, tak, macie rację  – to właśnie ta chwila – oto odnalazło się to, co zgubiłam, otworzyły się te drzwi, które przez ostatni czas były zatrzaśnięte.
A gdy następnego dnia przemyślałam to wszystko od nowa, uświadomiłam sobie po raz kolejny, że jedyną stałą tego świata jest zmiana, że bieg da mi to, czego pragnę i potrzebuję, ale nie w ten sam sposób. Że być może wciąż musimy szukać nowych sposobów na pozyskanie, tego co nas wzmacnia, rozwija i żywi. Że to wszystko jest dostępne, lecz w labiryncie wszystkich naszych spraw musimy wciąż szukać metod jak bez rutyny czerpać radość z obfitości świata, cały czas od nowa znajdować drogę do własnej duszy.
Komu ja biegnę? Sobie biegnę i swojemu sercu. I Kaśce biegnę, i Małgorzacie i mojej córce Zuzannie, biegnę moim przodkom i potomkom, biegnę tym, którzy mnie kochają i tym, którzy oczekują pomocy, biegnę szukającym drogi i tym, którzy stracili nadzieję, biegnę do życia, do śmierci, biegnę do trudności, porażek i zwycięstw, biegnę, żeby ożywić, to, co umarło, i pogrzebać to, co się już nie narodzi, biegnę tym, którzy zwalniają, żeby dotrzymać mi kroku i tym, którzy biegną przede mną, biegnę tym, którzy zostali za mną i tym, którzy mnie porzucili, biegnę tym, którzy czekają po tamtej stronie, biegnę i tej osobie, która czeka z bukietem kwiatów na mecie. Biegnę światu.




poniedziałek, 22 czerwca 2015

Siedem złotych księżyców



Ociągałam się z tym postem dość długo. Tytuł miałam gotowy, wpis mniej więcej przemyślany, a jednak wciąż zwlekałam, czegoś mi brakowało. Miałam przeczucie, że jeszcze czegoś potrzebuję na coś czekam, że powinnam trenować cierpliwość, co łatwe nie jest, bo z natury tej cechy nie posiadam. Szukałam ich – siedmiu złotych księżyców - w różnych miejscach aż w końcu dałam spokój, bo chyba wyglądałam jak pies z nosem przy ziemi, zaglądający w każde zarośla, więc zaprzestałam poszukiwań, rozluźniłam się, wyprostowałam, spojrzałam w górę i wtedy - jak się można było spodziewać - siedem złotych księżyców zaświeciło na niebie: 


Andersen w Katowicach
Na wernisaż Festiwalu Sztuki Naiwnej jadę z Arkiem. Będą tu wystawiane obrazy Małgorzaty – akurat te, które bardzo lubię „anderseny” kolorowe, radosne obrazki z czarnymi figurkami tańczących par lub kotów. Jak pamiętacie baśnie Andersena są mroczne i tragiczne, więc to zestawienie z barwną, przywodzącą na myśl dziecięce malowanki, stylistyką fascynuje mnie i uwodzi. Wystroiłam się w czerwoną sukienkę, teraz będę pasować jak ulał do tych obrazów. Gdy przyjeżdżamy na miejsce gra orkiestra, a na straganach można kupić balony i watę cukrową. Jak cudowne, naiwne piękno! To właśnie tutaj słyszę słowa: siedem złotych księżyców. Nie liczę ich, ale myślę, że na obrazach, które oglądam jest znacznie więcej księżyców, a także mnóstwo, mnóstwo kotów, rowerów (które najczęściej szybują na tle nocnego nieba), pań z kwiatami we włosach i aniołów. Oglądam z Arkiem obrazy, dzielimy się wrażeniami, zamyślamy, śmiejemy, komentujemy … I jeszcze robimy sobie zdjęcia z Małgorzatą i jej obrazami. Jest w nas radość i entuzjazm. 

To pierwszy księżyc – obcowanie ze sztuką, wrażliwością i wyobraźnią drugiego człowieka. 
 

Przenieśmy się teraz w stronę drugiego księżyca - na kurs portugalskiego. To ostatnia lekcja. Mamy dla Pedrity - naszej młodej brazylijskiej żywiołowej nauczycielki tomik wierszy i kwiaty. Pedrita jak zawsze cieszy się spontanicznie, podskakuje i piszczy. My cieszymy się z jej radości, ale smutno nam, że to ostatnie czwartkowe spotkanie. Polubiliśmy się i zżyli. I choć nici tego uczucia są jeszcze lekkie jak pajęczyna, to dla nas wszystkich ta sympatia i przyzwyczajenie są niesamowicie przyjemne. Tego wieczoru odnajdujemy się nawzajem na fejsbuku. Może boimy stracić się z oczu? Odpowiem za siebie – tak, ja chcę dalej spotykać Jakuba, tańczącego angolskie tańce, których nazw nie potrafię spamiętać ani wymówić; Agnieszkę, która zrezygnowała z dobrej pracy i wyjechała do Brazylii; Michała, który oddał serce pszczołom i pszczelarstwu, Magdę, żonę Portugalczyka, która z miną niewiniątka zadaje trudne pytania, Damiana, który rzucił wszystko i wyruszył do Hiszpanii, a teraz marzy o camino i oczywiście naszą professorę, która pragnie na zawsze zamieszkać w Polsce. Lubię ich wszystkich bardziej, niż sądziłam. 

To drugi księżyc – polubić kogoś bez powodu. 

Gdy wydaje mi się, że nie widzę już reszty księżyców, przychodzi do mnie zdanie - tam skarb twój, gdzie serce twoje. To z ewangelii św. Mateusza. Nie muszę długo zastanawiać się, gdzie moje serce, bo odpowiedź pojawia się nadspodziewanie szybko. Wybieram się na dwa etapy polskiego camino, trasa z Opola do Skorogoszczy – takie weekendowe zorganizowane pielgrzymowanie. Nie mam zbyt wielkich oczekiwań, ale czuję, że powinnam to zrobić. Moje przeczucia są słuszne, bo tu złote księżyce zbieram jak czereśnie prosto z drzewa. W kościele pod wezwaniem św. Norberta i św. Ducha ksiądz udziela nam błogosławieństwa. Mówi swobodnie, jasnym, donośnym głosem i gestykuluje całym ciałem potrząsając ramionami. Jego wiara jest żywa, a właściwie żwawa jak samba, gdy opowiada: święty Jacek wynosił z pożaru figurkę Jezusa. A wtedy Maria zapytała go, dlaczego nie zabierze i jej figury. Jacek odpowiedział, że jest zbyt ciężka, a on nie ma tyle siły. A spróbowałeś? – zapytała Matka Jezusa z wyrzutem. Gdy święty wziął ją do rąk, okazało się, że jest lekka jak piórko. Próbujcie, zmieniajcie swoje życie, przemieniajcie swoje serca! – nawołuje ksiądz. A ja czuję się podwójnie na właściwej drodze - caminowo i życiowo. 


To trzeci i czwarty księżyc – oddać czemuś serce, co przynosi spełnienie oraz zaufać znakom, które prowadzą. 


Dalej pielgrzymka – docieramy do domu kultury, gdzie mamy dostać posiłek. Przed budynkiem stoi kucharz i zapędza nas do środka niczym owce. To postawny mężczyzna z wydatnym brzuchem jak przystało na jego profesję i poczciwością wymalowaną na twarzy tak doskonale, że nie sposób pomylić jej z niczym innym. Macha ręką i pokrzykuje: wchodzić! Wchodzić! Jedzenie czeka! Mieliście być wcześniej! Potem szybko nakrywa do stołu, wnosi wazy z bograczem. Chodzi wzdłuż stołów, zagląda nam w talerze i sprawdza ile kto zjadł.
- A czemu to poskładali te talerze?!  - krzyczy na nas znowu – nie zjedzone przecież wszystko! Teraz będą rozkładać i dalej jeść! Bez zjedzonego nie pójdą!
Czuję się jakbym przyjechała do babci, zaopiekowana po uszy. Sądząc po minach innych pielgrzymów mają to samo uczucie. 

To piąty księżyc – dać się zaopiekować komuś obcemu. 

Wieczór spędzamy nad Balatonem – tak się nazywa tutejsze jeziorko. W programie jest pływanie kajakiem i ognisko. Zdejmuję buty, podwijam spodnie i wskakuję do kajaka z Kasjanem (bratem Kajetana). Nigdy wcześniej nie wiosłowałam, nawet nie miałam wiosła w ręku, więc Kasjan udziela mi krótkiego instruktażu i wypływamy na pełne wody. Zapada zmrok. Dryfujemy na środku jeziora, na jednym brzegu widać wysoki płomień ogniska, z drugiego dochodzą dźwięki dziarskiej melodii – to miejscowa orkiestra ćwiczy przed jutrzejszą paradą, w górze gwiazdy.  Życie jest piękne! – wołam w niebo i zabieram do kieszeni


szósty złoty księżyc – zachwyt chwilą.  


Kasjan śmieje się ze mnie i żartuje, że zamiast Madaleny siedzi za nim euforia. Nie przyzna się do tego, ale jemu też się ta chwila bardzo podoba. 

Siódmy złoty księżyc to tęsknota.

Jest jej we mnie ostatnio bardzo dużo. Czuję się wręcz owładnięta tęsknotą. Dotychczas zawsze myślałam o tęsknocie jako o uczuciu negatywnym, ale teraz wiem, że to nieprawda. Z tęsknoty człowiek robi rzeczy wielkie, wspanialsze i bardziej doniosłe niż te, które zrobiłby z obowiązku lub dla przyjemności. Bo w tęsknocie jest element oczekiwania na nadejście tego, za czym lub za kim tęsknimy. Jeśli kochamy, chcemy być lepsi. Starajmy się więc być jak najlepszą wersją samych siebie w tym oczekiwaniu na wytęsknione. Tak myślę – skoro oczekuję wspaniałego, to sama muszę być co najmniej równie wspaniała. Chcę się dobrze przygotować, by potem, gdy już nadejdzie pokazać się w całej krasie. Tęsknota może nas więc czynić lepszymi. A jaką wspaniałą rzeczywistość może wytęsknić taka wspaniała przemieniona przez tęsknotę osoba! 


***
Mam nadzieję, że doszliście ze mną aż do tęsknoty, choć post ten jest bardzo długi i potrzeba było sporo cierpliwości, aby tu dotrzeć. Ale jeśli macie jeszcze chwilkę to powiem Wam, że siedem to nie tylko liczba szczęśliwa, ale i święta. Dodatkowo jako suma trzech i czterech – łączy w sobie to, co duchowe i to, co ziemskie. Księżyc jest symbolem miłości, intuicji, opieki, duszy i natchnienia. Jest pośrednikiem pomiędzy ziemią a niebem. A złoto to oczyszczenie, obfitość i poznanie. I oczywiście bogactwo. Uznajmy więc siedem złotych księżyców za obfite bogactwa duszy, które przenoszą szczęście z nieba na ziemię. 


obrazy Małgorzaty możecie obejrzeć tutaj 





poniedziałek, 8 czerwca 2015

Jeszcze raz caminowo


Kajetan wyruszył na camino, jak sam pięknie to określa – średniowiecznym zwyczajem – z progu swojego domu w Zabrzu do Santiago. W związku z tym przypomina mi się jego pierwsze camino, które przeszłam wraz z nim. Tyle że on podróżował do grobu św. Jakuba, ja zaś w głąb własnej duszy. Dowiedziałam się wtedy wiele o sobie, własnym sercu i miłości. A to, czego się dowiedziałam bardzo mi się podobało. To wtedy powstało powiedzenie „Kocham Cię, idź!”, które dziś w wersji angielskiej można znaleźć na caminowych skarpetkach i przypisuje się je św. Jakubowi, choć to nie do końca prawda, a może po prostu nie cała prawda. Tak właśnie powstają legendy.
Na dodatek w ostatnich dniach było tak bardzo caminowo, że tęsknota we mnie wzbiera i ja także chcę już wyruszyć.  Ale zanim to zrobię opowiem Wam, co się zdarzyło:
Most w Toruniu o świcie
Na konferencję naukową pt. Camino Polaco ja i Kajetan jedziemy pociągiem. W Toruniu będziemy o trzeciej  nad ranem. Mamy nadzieję zdrzemnąć się trochę podczas podróży, ale szybko okazuje się, że nic z tego, bo mamy miejsca w tak zwanym wagonie bez przedziałowym. Ciągle ktoś się przeciska wąskim przejściem między siedzeniami, jest gwar i mnóstwo ludzi. W tych okolicznościach trochę rozmawiamy, trochę zagłębiamy się w internetowe wnętrza naszych smartfonów.  Gdy dojeżdżamy na miejsce okazuje się, że nie ma za bardzo gdzie przeczekać do rana, bo toruński dworzec jest w przebudowie. Idziemy więc obładowani, oprócz plecaków ja ciągnę walizkę pełną skarpetek, a Kajetan niesie  torbę z laptopem. Kierujemy się w stronę centrum, lecz bez konkretnego celu.
- Może napijemy się kawy na stacji? – proponuję – to Shell, będzie caminowo – zachęcam Kajetana. Bo logo tej stacji wzięło się właśnie od muszli świętego Jakuba. Kajetan zgadza się chętnie.
Przesiedzimy, a raczej przestoimy (przy wysokim stoliku nie ma krzesełek) tu ponad godzinę popijając kawę obserwując zabawne, wręcz komediowo charakterystyczne typy odwiedzające stację.
Potem przemierzamy bardzo długi most. Towarzyszy nam wschodzące słońce. Rozlewa się na Wiśle niczym lawa, albo płynny metal. Jest cicho i spokojnie. O czym mogłabym  myśleć w takiej chwili? Ten pejzaż oczywiście sięga mi do serca, przypominam sobie tamte ważne mosty w moim życiu. Ale teraz jest przyjemnie iść i myślę, że co innego go potrzebować, a co innego tak sobie po prostu z poranną radością przemierzać most. Z powrotem będzie zupełnie inaczej – będziemy pędzić jak szaleni, a pot będzie spływał nam po plecach i wpadniemy do pociągu tuż przed odjazdem, zmęczeni i zdyszani, żeby choć na chwilkę przymknąć oczy i się zdrzemnąć po jakichś trzydziestu godzinach bez snu.
Ale teraz wciąż podążamy na konferencję. Zjemy jeszcze śniadanie na nadwiślańskich bulwarach siedząc na pobazgranym murku (kocham cię, lolita; tu byłam; tu można sobie pisać; M+W=WM) i obserwując jak miasto budzi się do życia.
Będę szczera - nie pamiętam zbyt dobrze części merytorycznej konferencji, pamiętam za to bardzo dobrze dwie osoby: Romę i Aleksandrę. Rozmawiałyśmy o naszych wędrówkach, o lękach i pragnieniach, całkowicie caminowo. Ich wielka serdeczność sprawiła, że nie czułam zmęczenia po nieprzespanej nocy tylko radość z poczucia wspólnoty serc i wiary. Na szczęście – jak to się kinestetycznie mówi – jesteśmy od tej pory w kontakcie. Mam nadzieję, że tak zostanie. I być może spotkamy się kiedyś na Drodze.
Wkrótce po konferencji w Toruniu wybieram się na kolejne camiowe spotkanie, tym razem do Piekar. Tę konferencję organizuje Michał, młody podróżnik, niesamowicie charyzmatyczny człowiek, podziwiam jego pasję życia i autentyczne zaangażowanie. I choć nie zawsze się z nim zgadzam, jestem pewna, że to wspaniały chłopak. Porusza się sprężyście z tą piękną pewnością siebie, która wprowadza spokój w miejsce, gdzie Michał akurat się znajduje. Słucham pielgrzymich opowieści, o wędrówkach do Santiago i do Rzymu i takich zupełnie (pozornie) bez celu. Różni nas wiele, wiek, wykształcenie, sposób i miejsce pielgrzymowania, narracja i światopogląd. A jednak łączy nas jeden Duch. Ma dla nas wszystkich miejsce. Znów czuję to samo, co w Toruniu - bezgraniczną wzajemną serdeczność, jedność w różnorodności, akceptację, ufność, zrozumienie, radość z bycia właśnie tu i w tej chwili. Tak samo jest na Drodze. Może właśnie to jest tak atrakcyjne i pociągające, a może wysiłek, który można przełożyć na konkretny cel albo poszukiwanie Boga lub siebie albo jeszcze coś innego. Nie mam pojęcia co nas wzywa, ale wiem co nas łączy. To jest ten sam Duch.

Jeśli chcecie śledzić wędrówkę Kajetana znajdziecie go na fb https://www.facebook.com/camino.from.poland?fref=ts

Jeśli chcecie kupić caminowe skarpetki, które zaprowadzą Was z każdego miejsca na świecie prosto do Santiago zapraszam na priv K40

czwartek, 28 maja 2015

Rower i lawenda



Obiecałam Wam opowieść o Duchu Świętym.I to będzie właśnie ona.  Lawenda i rower też nie znalazły się tu przypadkowo, bo przecież nie ma przypadków, to tylko Bóg przebrany za zbieg okoliczności. Zresztą jakby się baczniej przyjrzeć samej konstrukcji tej frazy: „zbieg okoliczności” od razu Go widać – wszystkie okoliczności zbiegają się w odpowiednim punkcie, w odpowiednim czasie. To nie może być przypadek. Takie sylogiczne rozważania. Ale wróćmy do roweru, lawendy i Ducha Świętego.  Potrzebowałam bardzo wsparcia – na pewno pamiętacie to z poprzednich postów – modliłam się więc do Ducha Świętego (dla Niego bowiem nie ma nic niemożliwego). Modliłam się i modliłam, bo sama już nic nie mogłam zdziałać. Postanowienie miałam takie, że zrobię wszystko, co mi wskaże, byle się lepiej poczuć.  No i zrobiłam tak:
Maszeruję do księgarni, dzwoni telefon, trochę się irytuję, bo naprawdę się spieszę, ale to Kajetan, więc odbieram.
- Co robisz? – sprawdza, czy wciąż się trzymam.
- Idę do księgarni po książkę, którą polecił mi Duch Święty – odpowiadam.
- Aha – Kajetan przyjmuje moją odpowiedź jako coś oczywistego – A jaki tytuł?
- „Lawendowy pokój” – odpowiadam.
Kajetan wyraża uprzejme zdziwienie i żegnamy się krótko. Prawdziwe emocje będą dopiero, gdy otworzę książkę:
„potrzebuje pani pokoju tylko dla siebie (…) i tej książki. Ale proszę ją czytać powoli. Aby tymczasem mogła pani wypocząć. Będzie pani sporo rozmyślać, może nawet płakać. Nad sobą. Nad minionymi latami. A potem poczuje się pani lepiej. Zrozumie pani, że nie trzeba umierać, choćby pani chciała, tylko dlatego, że facet źle się z panią obszedł. I znów polubi pani siebie, nie będzie pani  już o sobie myśleć, że jest brzydka i naiwna”.
W książce jest jeszcze o tym, że bohaterka przenosi się do nowego mieszkania i nie ma nic, oprócz zdruzgotanych marzeń. I żeby nie było tak dramatycznie – jest także o sprzedaży sportowych skarpet. Nie wierzycie – to poczytajcie.  A jeśli wierzycie, też przeczytajcie, bo „Lawendowy pokój” jest tego wart. Nietrudno się domyślić, że po tym przywracającym nadzieję doświadczeniu poszłam lawendową drogą. Chyba znudziłabym Was wyliczaniem, co mam teraz lawendowego, ponieważ jest tego dość sporo, ale napiszę kilka słów o tym jak uprawiać lawendę, bo to naprawdę fascynujące.  
Otóż wyobraźcie sobie, lawenda to roślina, która ceni wolność i lubi piękny widok. Najlepiej rośnie w polu, kiedy ma przestrzeń i coś ładnego do oglądania aż po horyzont. Jeśli chcemy ją hodować na balkonie powinna mieć dużą doniczkę. Lawenda lubi słońce i trochę wody, ale nie chce, żeby się nią nieustannie zajmować. Jest taka nieokiełznana, wręcz trochę dzika – jak powiedziała mi Pani Agnieszka, która zamierza obsadzić lawendą całe pole pod Krakowem. Zaprosiła mnie do siebie na kwitnienie lawendy, a ja z tego zaproszenia oczywiście zamierzam skorzystać. Pokochałam lawendę, nie tylko dlatego, że jej zapach działa kojąco, ale także z tego powodu, że jej pojawienie się w moim życiu przynosi mi ulgę. (Jesteście ciekawi, czy wybieram się do Prowansji? Tak, oczywiście, na pewno odwiedzę kościół trzech Marii, z których jedna jest matką świętego Jakuba. Mówiłam o tym nie raz – niezbadana jest Droga, lecz gdy Jakub mówi „kocham Cię idź”, to trzeba iść).
pyszny miód lawendowy, łyżeczka dziennie dodaje siły
 A teraz do opowieści wkracza (wjeżdża) rower. Załatwiam ostatnio dużo rozmaitych spraw, ponieważ odległości miedzy urzędami są dość spore, przemieszczam się na rowerze. Mam piękny rower, zrobiony na miarę, specjalnie dla mnie. Bardzo go lubię. I mówiąc to mam na myśli, że jestem z nim naprawdę emocjonalnie związana, co w pełni uświadomiłam sobie czytając „Mistykę kosmosu” i co jednocześnie niezwykle mnie ucieszyło, bo okazało się, że i w przedmiotach, które wybieramy z pośród  innych, manifestuje się Bóg - Duch Święty, a nasze relacje z materią są bardzo poufne.  Moja relacja z rowerem właśnie taka jest.
No więc ja sobie tak z tą ufnością przemierzam miasto na moim rowerku i myślę, że ta jazda daje mi takie ogromne poczucie wolności i nadziei, że aż mi się śpiewać chce. Czuję się tak lawendowo nieokiełznana, że cieszę się po prostu i bez powodu. W kieszeni mam zawiniętą w chusteczkę suszoną lawendę. W sercu Ducha Świętego. Nic więcej w tym momencie nie potrzebuję, bo to prawdziwa chwila życia. I nie czuję wcale, że ona przeminie, dopóki trwa. Przez tę lawendę, rower i Ducha Świętego jestem wprawiona w taką dziecięcą, samo wystarczającą radość, która kręci się w rytmie rowerowych kół. Uśmiecham się, wyciągam szyję, żeby pęd rozwiewał mi włosy. Stroję miny do przechodniów. A co mi tam! Żyję!
Takie chwile powodują, że bardziej chce się żyć niż umierać. I nie chodzi tu wcale o perspektywę, nadzieję, przyszłość, tylko o ten jeden radosny obrót koła, ładny widok, zapach lawendy, który sprawia, że w tym zbiegu okoliczności stajemy się i czujemy immanentną cząstką wszechświata, obecnością w Bogu, Tym, który Jest. Może to jest sam środek życia, a może sam środek śmierci, takie przeczucie nieba, a może w tym momencie życie i śmierć stają się jednym i stąd to poczucie absolutnego wystarczania tego co jest …
I tak myślę jeszcze, że gdybym zaś miała wyrazić ostatnie życzenie, byłyby to lody lawendowe. Mam przepis. Przygotuję je na deser.  


Cytat z "Lawendowy pokój" Nina George, Wydawnictwo Otwarte. 



niedziela, 17 maja 2015

Stan licznika: zero zero



Pisałam tu już o tym wielokrotnie, jak istotne jest, aby otworzyć się na to co się wydarza. To szczególnie ważne, ale i niezmiernie trudne do zrobienia, gdy jesteśmy smutni, boleśnie doświadczeni i wycofani. Ale jeśli właśnie wtedy nam się to uda, w pełni będzie widać dar jaki otrzymujemy. Czasem, sytuacja jest taka, że po prostu nie ma już nic do stracenia. Może paradoksalnie właśnie wtedy jest łatwiej. Ze mną było dość dziwnie, bo z jednej strony – starałam się ze wszystkich sił być uważna, z drugiej – dałam się po porostu nieść… A było tak:
Przeprowadzam się. Mam nowe mieszkanie. Właściwie mieszkanie jest stare, to znaczy mieści się w starej kamienicy i mnóstwo rzeczy wymaga wymiany, a całość porządnego remontu. Muszę się zająć tysiącem różnych spraw. To dobrze. Skupienie uwagi na czymś konkretnym pozwala choć na chwilę uwolnić się od żalu. Staję wobec tysiąca różnych problemów do załatwienia. Mam na myśli nie tylko sprzątanie, czyszczenie starych pięknych pieców kaflowych, malowanie, szlifowanie i gruntowanie ścian, ale także zawarcie nowych umów z dostawcami gazu i energii elektrycznej, na które składa się przecież kilka różnych czynności, takich jak załatwianie licznych pozwoleń i zaświadczeń.
Najłatwiejsze okazało się zamontowanie licznika prądu.
Dzwonię do firmy, okazuje się że umowę mogę zawrzeć przez telefon. Za dwa dni przychodzi Pan Fachowiec i w piętnaście minut zakłada nowiutki licznik energii elektrycznej. Na dodatek wcale nie muszę płacić. Jak na początek fantastycznie. Co więcej – Pan Fachowiec wręczając mi pudełko po liczniku, żebym je  wyrzuciła do śmieci, mówi:
- Stan licznika zero zero. Może pani startować.
Uśmiecham się, do tych słów bardziej nawet niż do Pana Fachowca. Czyżby to znak, że przeszłam już ten dystans między końcem a początkiem? I mogę rzeczywiście zaczynać. Nie wiem. Postanawiam jednak poczekać, nigdzie się tym razem nie spieszyć. Zobaczyć, co będzie dalej.
Następny przychodzi Pan Kominiarz. Chcę, żeby sprawdził, czy piece są sprawne i czy jest tu jakiś komin, do którego będę mogła w przyszłości podłączyć kominek. Uparłam się na ten kominek, przy którym usiądę i będę pisać. Pan Kominiarz opukuje piece, kuchenny przechodzi to badanie pozytywnie, ale pokojowy wymaga czyszczenia i uszczelnienia. Trzeba będzie wezwać zduna. Pan Kominiarz ma znajomego, więc nie będzie z tym kłopotu. Mimo że diagnostyka już została zakończona, rozmawiamy jeszcze o rodzajach pieców, kominków i sposobach ogrzewania mieszkania. Pan kominiarz poleca mi jeszcze firmę zajmującą się właśnie montowaniem różnego rodzaju systemów ogrzewania mieszkań. Dziękuję mu i zachęcona jego serdecznością pytam:
- Czy to prawda, że kominiarze przynoszą szczęście?
- Oczywiście – odpowiada, patrząc na mnie badawczo znad okularów – a ja pani przyniosłem cały worek szczęścia. W tym mieszkaniu będzie pani szczęśliwa – uśmiecha się.
O rany! Taka dobra wróżba to jest coś.
Pan Zdun uszczelnia piec -  jak mówi – „prawdziwą gliną”.
- Taka prawdziwa glina to podstawa – tłumaczy - wręcz fundament. Jest mocna i dobra. Czy Pani wie, że na takiej glinie Polskę zbudowano? – pyta retorycznie.
No rzeczywiście myślę sobie – glina dobrze się kojarzy. Z tej samej gliny jesteśmy zrobieni – mówi się. No i że Bóg nas z gliny ulepił. Postanawiam to później sprawdzić.*
Następnego dnia przychodzi Pan od ogrzewania. Chodzi szybkim, sprężystym krokiem po mieszkaniu mierzy ściany, coś sobie wylicza w notesie. Biegam za nim, kiedy przemawia do mnie jakimiś słowami i specjalistycznymi terminami, których kompletnie nie rozumiem. Co zresztą natychmiast otwarcie przyznaję. Stajemy przy piecu w kuchni i, ni z tego ni z owego, rozmowa zaczyna toczyć się w całkiem innym kierunku. Opowiadam mu o camino, a on mi o swojej pracy we Francji i pani Halince, która codziennie smażyła dla niego kotlety. Ja mu o bieganiu, a on mi o motorach. Dawno już minęła godzina, a my rozmawiamy dalej, o świętych, pustelnikach i mszach o nawiedzenie Ducha Świętego (ta Postać jest tu bardzo ważna, opowiem Wam o tym później). Nastaje krótka chwila milczenia, Pan hydraulik patrzy mi w oczy i zwierza się, że miał kiedyś problem z alkoholem. Czekał na piątek, aby napić się Jacka Danielsa. Gdzie tam napić się! Upić się nim do nieprzytomności!
- Gdy spostrzegłem, że mam problem – opowiada – zacząłem odmawiać różaniec. Dziś nie piję. Sam nie dałbym rady – zawiesza głos w oczekiwaniu na moją reakcję.
A ja szybko rewanżuję się historią mojego smutku. Streszczam ją szybko, w krótkich esencjonalnych zdaniach, żeby się nie znudził, żebym zdążyła zanim powie, że musi iść.
On patrzy na mnie, jakby widział nie moją twarz, lecz serce i mówi:
- Musi pani być cierpliwa – ujmuje moją dłoń w swoje dłonie, jakby chciał dodać tej frazie otuchy. – jest pani odważna, musi pani być cierpliwa.
Biorę te słowa z wdzięcznością i radością. Biorę je, bo są echem słów, które dostałam w innym czasie, od kogoś innego. Jestem oszołomiona. Nigdy nie przeprowadziłam tak przejmującej rozmowy z hydraulikiem, który przyszedłby wycenić montaż ogrzewania. Ale i on jest pod wrażeniem, żegnamy się życząc sobie nawzajem dobra i szczęścia i to nie jest grzecznościowa formułka, lecz błogosławieństwo.
Tak to było, wciąż wracam myślami do tych sytuacji, a właściwie przechadzam się po nich, jak po ogrodzie, w którym podczas każdego kolejnego spaceru można odkryć nowe rośliny. Służą mi te przechadzki, mnie i mojemu sercu. Mam nadzieję, że i Panom Fachowcom też coś z tego zostało. Coś dobrego i wzmacniającego. Myślę też o tym, jak w naszym życiu zachodzą na siebie rozmaite przestrzenie i potrzebna jest umiejętność funkcjonowania w każdej z nich.
Przeczytałam ostatnio w książce o Duchu Świętym, że w Biblii słowo serce znaczy to, co dla nas dziś rozum. I myślę, że patrzenie sercem jest widzeniem w pełni, to znacznie obszerniejszy obraz niż ten racjonalny, rozumowy. Obejmuje dwie sfery – rzeczywistości materialnej i świata duchowego, łączy je w jedno, daje ukojenie i spokój.  To, co mi się przydarzyło i co tu opisałam było właśnie takim wejściem w sferę serca. I chyba muszę dziś powtórzyć tytuł mojego wcześniejszego blogowego wpisu – Bóg ma poczucie humoru – dzięki czemuś tak racjonalnemu, wręcz przyziemnemu jak remont mogłam wejść zupełnie inną rzeczywistość – do obokświata, w przestrzeń serca.  

*według słowników symboli glina oznacza transformację, połączenie i zjednoczenie.