piątek, 13 lutego 2015

Żegnaj smutku



Przyznam się od razu, po pierwsze – myślałam o tym tekście od jakiegoś czasu i z zadowoleniem nadałam mu tytuł „Camino all inclusive”, bo na tym etapie zdarzyło się wszystko i w dodatku na bogato. A jednak będzie inaczej.  
Po drugie - zaczynam ten wpis trzeci raz. Pierwszy wstęp napisałam dwa dni wcześniej, ale zaginął w czeluściach laptopa. Drugi mi kompletnie nie wychodził, a gdy już go skończyłam, to znalazł się ten pierwszy, który jak na dzisiejszy nastrój i to co ma jeszcze zostać napisane okazał się zbyt optymistyczny.  I nie podobał mi się po prostu, coś usiłowałam tam za wszelką cenę wykreować i udowodnić, a tu nie chodzi o to, żeby udowodnić, lecz żeby odkryć i pokazać. Jak powiedział Wilhelm Rentgen – nie chodzi o wynalazek, chodzi o odkrycie. Jestem  skłonna się z nim zgodzić, bo trzeba umieć zobaczyć to, co jest, przyjąć i iść dalej. Choć czasami jest to kompletnie niezrozumiałe, a droga trudna. Innym razem znowu droga jest piękna, a i tak dopada duszę smutek. I co wtedy? Tak, tak - trzeba iść dalej, czasem nawet pod rękę ze swoimi demonami. Albo podbiec kawałek, odwrócić się pomachać i krzyknąć: żegnaj smutku!  Zdarza się także, że nie ma wyjścia trzeba mocować się z demonami. Cokolwiek by się nie zdarzyło, nie wolno zapominać o odwadze. I miłości (bo z niej cała reszta się bierze).  
 I tak właśnie było na  kolejnym etapie camino:
Dzisiaj idziemy pod górę. To dobrze, biegałam ostatnio w górach i jest mi naprawdę łatwo i lekko iść. Mimo wszystko zastanawiam się, co by było gdybym rok temu  nie złamała nogi na moście i dotarła tu z kulą. Przecież nie miałabym z tą górą absolutnie żadnych szans. Idę sama i czuję, że z każdym krokiem coraz bardziej ogrania mnie smutek. Nie umiem sprecyzować jego źródła. Nie mam pojęcia o co mi chodzi. Nurkuję więc w swoim sercu i znajduję tam sprawy z przeszłości, które muszę pożegnać. Droga to dobre miejsce, aby to zrobić. Ale wiecie jak to jest  -  ból trzyma się mocno naszych serc, trudno rozewrzeć zaciśnięte kurczowo palce. Staram się jak mogę i nic, czuje tylko niewypłakane łzy w krtani i pod powiekami. Uparcie podążam do przodu, bo to jedyne co trochę pomaga.
alberga
Docieram na szczyt pierwsza. Jest tu kapliczka, wokół której pielgrzymi pozostawiali różne rzeczy, pewnie w intencjach  przyniesionych z domu. Są tu święte obrazki, różańce, maskotki, wstążki, a nawet gumki do włosów. Ja tez coś zostawiam, niestety dziś już nie pamiętam ani co, ani w jakiej intencji.  Siadam i opieram się o pień drzewa. Czekam na resztę drużyny.  Najpierw przychodzą Wojtki i także sadowią się pod drzewami. Przyglądamy się woreczkom przypiętym do pni, do których spływa żywica. Nie wiem dlaczego ten widok mnie jeszcze bardziej przygnębia. Chłopcy też nie są w najlepszych nastrojach. Czyżby dopadł nas jakiś kryzys? Idziemy wspólnie kawałek dalej, gdzie leży kilka ogromnych kamieni, jakby przygotowanych, aby się położyć. A tuż za nimi bije źródełko czystej wody, z której obficie korzystamy, żeby się umyć i napić.
Jestem tak głęboko zanurzona w siebie, że dziś już nie pamiętam żadnych widoków rozciągających się przed nami gdy schodzimy z góry. A przecież musiały być wspaniałe. Wkrótce docieramy do prywatnej alebergi, przed hiszpańską granicą jest jeszcze tylko jedna, cztery kilometry dalej. Gdy zastanawiam się, czy tu zostaniemy, czy pójdziemy dalej, chłopcy rozsiadają się przy stoliku na podwórku. Mogę z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że dziś już nigdzie nie pójdziemy. I rzeczywiście – mimo że jest tu bardzo drogo i mam poważne wątpliwości, czy jednak nie iść do kolejnej albergi – moja drużyna  postanawia zostać. Rzucają pieniądze na stół jakby grali w karty i po chwili jest już cała kwota potrzebna  do zapłaty. Jak tylko wykąpiemy się, a potem wszyscy pielgrzymi zasiądą przy dwóch stołach w jadalni okaże się, że to była właściwa decyzja. Warto było choćby ze względu na historię, którą właścicielka  opowie nam przed kolacją:
Jestem Kanadyjką, przyleciałam z Kanady do Portugalii, aby przejść camino z Lizbony. Gdy wędrowałam robiłam wiele zdjęć, między innymi tego budynku, który wówczas stał pusty. Któregoś dnia, już po powrocie do domu, przeglądałam zdjęcia i znalazłam ten budynek. Nie wyglądał tak jak dziś, lecz poczułam jakby mnie przywoływał. Było w nim coś, co mnie przyciągało. Pomyślałam, że chcę go kupić. Postanowiłam odnaleźć właściciela. To był szalony plan! Ale zrobiłam to. Kupiłam nowy dom w Portugalii, sprzedałam stary dom w Kanadzie. Rzuciłam pracę, stworzyłam albergę.  I całkowicie zmieniłam swoje życie.
Gdy skończy i uśmiechnie się do nas, dostanie gromkie brawa, wszyscy będziemy poruszeni tą historią i zaskoczeni przyjęciem. Ja będę zachwycona, i Kuba także. Będziemy spoglądać na siebie i powtarzać: niesamowite, co? Niesamowite! Czyli to prawda! Wszystko można zmienić!
A ona wiecie co zrobi po tym występie? Najpierw oczywiście poda do stołu jedzenie, a potem zaprosi, żebyśmy po posiłku wzięli sobie ciasto z kredensu i lody z lodówki. A my skorzystamy z tego zaproszenia z wielką przyjemnością. Zjemy  obiad, ciasto, lody i owoce. Wszystko!
Kuchnia w alberdze 
Po obiedzie przygotowujemy się do mszy, która odbędzie się w jadalni. Siadam na końcu. I podczas całej mszy łzy płyną mi strumieniami po twarzy. Wypłakuje cały ten smutek, który narósł po drodze. Ksiądz Paweł z niepokojem odwraca wzrok, ocieram policzki wierzchem dłoni. Idę na górę i siadam na łóżku. Co mam zrobić z resztą smutku? Może sam się rozpłynie w herbacie, którą zrobił dla mnie Kuba i właśnie przyniósł z kuchni na dole, tutaj na górę? Trzymam kubek w dłoniach, a jego ciepło ogrzewa także moje serce.
W nocy jest gorąco, nie wyciągam nawet śpiwora, przykrywam się chustką, którą dostałam od Weroniki. Zapadam w płytki sen, gdy nagle słyszę jakieś głosy. Ktoś wzdycha i jęczy, pada przekleństwo, jedno, drugie, trzecie! Ktoś walczy ze swoimi demonami. Proszę Boga o siłę i odwagę dla wszystkich śpiących tu dziś pielgrzymów.
Gdy przebudzę się nad ranem przychodzi mi do głowy myśl: na camino każdy niesie nie tylko wiarę, nadzieję i miłość, ale taszczy także swój ból, swoją pustkę, cierpienie, i walczy ze swoimi demonami.  Przede wszystkim jednak zabiera w drogę swoją śmierć i podąża z nią ramię w ramię. Na drodze bowiem odbywa się coś w rodzaju unicestwienia tej części naszej istoty, która musi umrzeć, abyśmy my mogli dalej Żyć.
W radości.






czwartek, 5 lutego 2015

Seja agora



espresso i ulubione ciasteczko

Wróciłam. Na bloga i do Polski. Nie było mnie tu, bo byłam w Portugalii. Ale teraz jestem i wspominam.  Opowiem Wam dygresyjnie tę historię, bo ona jest bardzo caminowa.  Odwiedziłam miejsca, przez które wtedy przechodziłam z moją chłopacką drużyną, to było wzruszające uczucie. Wzruszające i potężne jak ocean.  Wypełniło mnie po brzegi.
Pamiętacie ostatnie zdanie w poprzednim wpisie? ”Do Ponte de Lima z pewnością jeszcze wrócę”. Byłam tam. Zrobiłam to! Odwiedziłam i inne miejsca mocy na mojej prywatnej mapie Portugalii, ale to stare portugalskie miasteczko i katedra w Porto mają dla mnie szczególne znaczenie.
A było tak:
widok sprzed Katedry
Pod katedrę w Porto biegnę jak na spotkanie z kimś bliskim. Jest ze mną Iwona moja kompanka w tej podróży, mama Kajetana.  Biegnie za mną, zna moją opowieść, wie co tam się zdarzyło. Jest ciepło, zdjęłam kurtkę, cieszę się słońcem. Podskakuję, podśpiewuję, śmieję się, wypatruję mew. Jestem tu! Jestem tu, jestem tu! – tak bije dziś moje serce.  Gdy siadam na tych samych schodach, pierwsze na co mam ochotę to wysłać smsa do Kuby – Kuba! zobacz! zobacz! gdzie jestem! Odpisuje – „to są te schody!”. Tak, to one, siadam na nich, a Iwona robi mi zdjęcia. Jestem teraz pełna entuzjazmu i radosnego oczekiwania, bo przygoda dopiero się zaczyna, ale przyjdę tu także w ostatni dzień, a właściwie noc  przed wylotem. Katedra będzie wyłaniać się z mgły i ciemności jak tajemnica, będzie padał drobny deszcz i zasłoni widok delikatną kurtyną kropel i księżycowej poświaty. Będę tam stała, a łzy spływające mi po twarzy będę tak samo ciepłe jak deszcz. Zostawię tu intencje bliskich mi osób, tych dla których pragnę szczęścia. I swoją także.  Katedra stanie się dla mnie osobowa, będzie symbolem Boga i Miłości. Stanie się tak potężna jakby łączyła w sobie siły oceanu, Bożą Miłość i ludzkie piękno. To będzie długie pożegnanie. Ale przecież … jeszcze tam wrócę.
katedra nocą w deszczu
Do Ponte de Lima jedziemy z Fernando, samochodem. Puszczamy głośno muzykę z radia i śpiewamy, Seja agora (Deolinda, posłuchajcie, warto) prawdziwa wesoła wycieczka. Jest ciepło, ale zaczyna kropić deszcz.
- Teraz już się rozpada – diagnozuje Fernando – będzie padać przez najbliższe dni. To dlatego, że opuszczasz Portugalię, Madalena – mówi, żeby mi sprawić przyjemność i uśmiecha się.  
Gdy wysiadamy w Ponte de Lima leje jak z cebra. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową i wyruszam w kierunku mostu na Limie, kościoła i albergi. Tamte caminowe obrazy jak żywe stają mi przed oczami, ale to jest już teraz inne miejsce, obrosłe nowymi znaczeniami, wypełnione nową mocą. Przyznaję miałam wątpliwości, czy powinnam tu być tym razem, czy to czegoś nie popsuje, nie zniszczy wspomnień, nie zatrze tamtych wrażeń.
- Wtedy było wtedy, a teraz jest teraz – powiedział Doktor odpowiadając na moje rozterki – Jedź.
widok na Ponte de Lima
Miał rację. Dzięki Doktorze. Wchodzę do kościoła, dotykam obrazu św. Antoniego, staję pod drzwiami alebergi i przypominam sobie te słowa – teraz jest teraz. Tak teraz mamy tylko teraz (seja agora).  Nie warto niczego zatrzymywać na później, ani rzeczy, ani zdarzeń, ani pragnień, ani też pozwalać, aby wspomnienia usychały, niech wypełniają się barwami, świeżym miąższem i sokiem jak dorodne owoce. Niech będą żywe, bo tylko wtedy dają nam siłę.
parasolka na Limie
Chowamy się przed deszczem wewnątrz eleganckiej kawiarni, pijemy espresso i jemy moje ulubione portugalskie ciasteczka. Potem wspinamy się brukowanymi uliczkami w górę, skąd Fernando pokazuje nam widok na całą okolicę. Patrzę w dal i staję się częścią tego pejzażu i tego teraz. Moi towarzysze jakby wyczuwali nastrój, nie przeszkadzają mi ani słowem. Fernando cicho śpiewa fado. Kiedy odwracam głowę w jego stronę, mówi – Buen camino.
Ponte de Lima. Ten most
Jak nazwać trwanie w drodze? Bo to właśnie się dzieje. Kto raz wyruszył na camino …
Idę. Idę więc dalej.
Iwona i Fernando siedzą już w samochodzie. Żegnam się z tym widokiem. Na Limie, wywrócona w dół kapeluszem, pływa parasolka. Spoglądam na wodę, na most i zasnute chmurami niebo, dziś jest szaro-niebieskie.  Saudade – portugalska nostalgia i moja tęsknota za pełnią. To dla mnie bardzo osobisty i intymny widok (tak bardzo, że zastanawiałam się nawet, czy o tym napisać). Naznaczony obecnością poprzez nieobecność. A jednak szczęście jest tu i teraz. Już raz tak było. Tutaj. A teraz znowu tego doświadczam.  Otwieram swoje serce, oddaje i ufam.
Kajetan, Iwona, Mariusz, Fernando – dziękuję Wam ze tę podróż i limowe wzruszenia. Mamy tylko teraz. Seja agora.





niedziela, 11 stycznia 2015

Ponte de Lima




Zacznę ten tekst od Doktora, czyli Taty Kuby, który na fb rozpętał akcję „flaszka za setkę”. Mam teraz 111 odsłon posta o rodzinie z Koszalina i zakupiłam wino hiszpańskie dla Doktora.  (Można się umawiać). Nie będę już go chwalić, efekty widzę za każdym razem, gdy oglądam statystyki, a pozostając przy głaszcząco-kocich porównaniach, przypominam, że można ponoć zagłaskać kota na śmierć. A tego bym nie chciała. Choć muszę uczciwie przyznać, że nie słyszałam o żadnym kocie, który stracił życie z powodu przedawkowania głaskania. Teraz jednak aż mnie klawiatura świerzbi, żeby dalej opowiedzieć Wam caminową historię. Oto ona:

Ten etap jest krótki. Po poprzednim męczącym i naprawdę sporym dystansie, ten wydaje się lekki jak piórko. Dokucza tylko ogromny upał. Na przemian owijam głowę chustką i ściągam ją. Najpierw idę z Kubą. Oczywiście rozmawiamy, przy czym czasem na słuchanie i mówienie, sprawiedliwie dzielimy się po połowie. Kuba mówi, że gdy zobaczył mnie pod katedrą w Porto od razu wiedział, że jestem silna. Te słowa wciąż budzą we mnie zdziwienie, nawet dziś, gdy przygotowując się do pisania tego postu odnalazłam fotografię, którą zrobił Wojtek. Wielka monumentalna katedra i mała ja, zapisująca coś u jej podnóża w swoim dzienniku. Gdy opowiadam to Kajetanowi oburza się i prostuje moje słowa – wielka katedra i wielka Magda. Postanawiam więc przyjąć swoją siłę, choć marzę, żeby dostrzeżona była także moja wrażliwość. Kuba jednak z uporem powtarza:
 - Magda, no silna jesteś, no silna jesteś jak cholera.
Odpuszczam więc i modlę się po drodze – Boże pozwól mi wykorzystać moją siłę zgodnie z Twoją wolą.
Pod Katedrą w Porto
Potem idę z młodym Wojtkiem, który uporczywie dopytuje mnie o różne sprawy związane z fundacją. Jest ciekawski i dociekliwy. To powoduje, że sama muszę się zastanawiać nad kwestiami, które kiedyś przyjęłam jako oczywiste. Początkowo się stroszę, ale już za chwilę przyjmuję to towarzystwo z wielką radością, to wspaniała okazja, żeby czegoś się samej od siebie dowiedzieć. Poza tym Wojtek dziś maszeruje jak szalony żołnierz, rwie do przodu i wymachuje rękami jak  na pokazie kompanii reprezentacyjnej.
To z nim wchodzę w aleję przepięknych starych drzew, których korony tworzą sklepienie nad naszą głową. Przez gałęzie gdzieniegdzie prześwieca słońce i siada plamami w różnych odcieniach złota jakby zaglądało tu przez witraże. Widok jest tak fascynujący i piękny, że przystajemy, żeby go chłonąć.
Fragment alei
aleja starych drzew
Idziemy potem aleją, ale nie caminowym marszem, tylko spacerowym krokiem jak wczasowicze napawając się tym, co mamy przed oczami i oczywiście robimy zdjęcia. Wkrótce dołącza do nas Kuba i siadamy na bruku popijając wodę. W oddali widać kościół, bliżej rzymski most, a przed nami rozlewisko rzeki Limy. Miejscowość nosi nazwę Ponte de Lima, co można przetłumaczyć jako most na Limie. To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam, a po nocy tu spędzonej zagości już na dobre w moim sercu.
Kiedy przychodzą Paweł i Michał alberga jest jeszcze zamknięta, więc idziemy nad rzekę, brodzimy w zimnej wodzie, a potem leżymy w trawie na brzegu. Z tej sielanki wyrywa nas rozmowa telefoniczna Michała z Wiesiem, który oświadcza, że ma tak wielkie boloki, że z pewnością nie dojdzie do Santiago, więc musi podjechać tam już teraz pociągiem. Najpierw nie wierzymy w jego słowa, uznajemy je za żart. Później jednak zaczyna nas dręczyć myśl, że rzeczywiście to zrobił.
Kiedy otwierają albergę okazuje się, że to wielka municipialna (gminna) prawdziwie caminowa alberga, gdzie znajdują się trzy wielkie sale każda na około 50 miejsc. Mnie, Kubie, Pawłowi, młodemu Wojtkowi i Michałowi udało się zakwaterować, brakuje tylko Wiesia i Wojtka starszego. Nie wiemy tak naprawdę na kogo czekamy, a nich oboje, czy tylko Wojtka.  
Sypialnia w alberdze w Ponte de Lima
Postanawiamy czekając na nich wziąć prysznic i przygotować się do mszy, która tym razem odbędzie się w kościele.
Nasz pokój znajduje się na piętrze i gdy schodzimy po drewnianych schodach wpadamy na Wiesia i Wojtka. Wiesiu jest strasznie obolały i zmęczony. Wojtek szedł z nim całą drogę. Cieszmy się, że Wiesiu jest z nami, że nadal jesteśmy drużyną! I mimo jego protestów zabieramy go – takiego prosto z drogi -  do kościoła.
Ponte de Lima - widok
To niewielki kościół z białego kamienia. Pamiętam, że jest w nim obraz mojego ulubionego Świętego Antoniego. Siadam w ławce sama. Po chwili dołącza do mnie kobieta. Rozpoczyna się msza, którą moi księża odprawiają wraz z portugalskimi kapłanami. Już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz, czuję sacrum w tutejszych świątyniach, to wyjątkowa akustyka, piękny szeleszczący język i moi księża przy ołtarzu sprawiają, że każda msza jest dla mnie osobistym spotkaniem z Bogiem. Jest randką. Siedzę sobie tak łagodnie otulona tą świętością, gdy nagle …
na znak pokoju kobieta, która siedzi ze mną w ławce rzuca się w moją stroną obejmuje mnie z uśmiechem i całuje w oba policzki. Zanim zorientuję się co się dzieje odwdzięczam się tym samym! Tak, tak ,to portugalski znak pokoju.  
Po mszy postanawiam zrobić obiadokolację mojej chłopackiej drużynie. Idziemy więc z Kubą na zakupy. Trochę to trwa, bo nie za bardzo potrafimy zdecydować się na sklep, a potem na produkty, ale w końcu się udaje. Pamiętasz Kuba? Weszliśmy do tego małego sklepiku i chcieliśmy tam kupić makaron i oliwki. Ale jednak zrezygnowaliśmy i poszliśmy do jakiegoś marketu. A jak wracaliśmy z pełną siatą, to właściciel tego sklepu zawołał nas, żebyśmy wrócili. I Ty poszedłeś i coś tam jednak kupiłeś. Chyba oliwki właśnie. Prawda?
Kuchnia w alberdze jest dość przestronna, z wyjściem do ogrodu. Ktoś już sobie przygotowuje posiłek. Dostajemy gorącą wodę na makaron, której ten młody chłopak zagotował za dużo. Dziś pamiętam, że bardziej niż gotowaniem, zajęłam się towarzyszeniem  Kubie w kuchni i oczywiście rozmową.
Kiedy makaron z sosem jest gotowy siadamy wszyscy przy długim stole i wspólnie zjadamy kolację. Zbieram naczynia, żeby pozmywać. Kto mnie zna, wie, że zwykle tego nie robię. Ale Michał powstrzymuje mnie i mówi:
- Magda, przecież Ty nie będziesz myć naczyń! Ja to zrobię.
I ksiądz Michał zmywa po kolacji.
Potem idę wyprać swoje rzeczy do pralni, która jest na dole i znajdują się tu duże i głębokie umywalki z tarkami oraz szare mydło. Zapadł już zmrok i docierają zapachy kwiatów z ogrodu. Piorę swoje rzeczy i nucę coś. Zaraz pójdę do chłopaków, żeby czytać z nimi psalmy z brewiarza. Ale gdy przychodzę pod pokój, gdzie się modlą, drzwi są zamknięte. Nie chcę przeszkadzać i wycofuję się do sypialni. Idę na balkon, opieram się o balustradę i patrzę na gwiazdy, oświetlony most i rzekę, słucham dobiegających z oddali dźwięków fado. Znacie to uczucie, że jest tak wspaniale, tak błogo, że już nie może być lepiej? To jest właśnie to.
Ponte de Lima nocą - widok z balkonu
Kiedy kładę się na łóżku, dociera do mnie, że słyszę teraz śpiew, to moja ukochana Ana Moura, zapadam w drzemkę przy jej utworach. Jej koncert mam na swojej liście marzeń. Posłuchajcie desfado  - uwielbiam to.
Wynurzam się nieco na chwilę z drzemki na dźwięk kroków na drewnianej podłodze, to chłopcy przyszli spać. W ciszy pokoju Kuba pyta:
- Jest Magda? A Magda jest?
- Jest – odpowiada Michał.
To pełnia szczęścia. I wzruszenie, które zapamiętam na zawsze. Naprawdę jesteśmy drużyną.

Do Ponte de Lima z pewnością jeszcze wrócę.




niedziela, 4 stycznia 2015

Punkt zero, czyli chwal dzień przed zachodem słońca



W ostatnim czasie wiele się  wydarzyło, co dnia właściwie znajdowałam się w takim punkcie, który mogę nazwać granicznym - jak słupek z oznaczeniem odległości na trasie camino. Trudno mi się było zebrać do pisania, spojrzeć wstecz, bo wciąż miałam w głowie aktualne wydarzenia, które w pewien znaczący sposób na samym początku roku kończą pewne sprawy. Ale wzięłam mój caminowy dziennik, aby przypomnieć sobie tamte chwile i … stało się - powróciłam na Drogę. Wyszliśmy z klasztoru, a dalej było tak:
Wchodzimy na tę część trasy, która jest dla mnie szczególnie istotna – to właśnie tutaj, tuż przed Sao Pedro de Rates kula wpadła w dziurę w moście. Jestem teraz niespokojna i rozdrażniona. Boję się, że znów się coś zdarzy. Idę przodem. Proszę Kubę, żeby wyciągnął mi z plecaka różaniec. Robię to dość demonstracyjnie – niech wszyscy wiedzą, że odmawiam różaniec, nie chcę, żeby ktoś mi przeszkadzał. Ale Kuba idzie kilka kroków za mną. Mam poczucie, że mnie asekuruje, to taka duchowa asekuracja. Skąd u tego chłopaka tyle empatii?! Potem Wiesiu podchodzi do mnie i pyta, co się dzieje. Odpowiadam, że będziemy przechodzić w miejscu, w którym złamałam nogę.
- Nie martw się Magda – mówi mój ksiądz – obmodlimy to miejsce.
A gdy kończę odmawiać różaniec, Kuba podchodzi do mnie i idziemy już razem. Znowu opowiada mi o zawodach i rowerach. Lubię te opowieści, lubię jego zapał, inteligencję i poczucie humoru. I jego dobroć.  Jeśli Kuba czyta mój blog, wkurzy się, nie znosi, żeby go chwalić. A ja bardzo to lubię, zarówno chwalić innych, jak i być chwalona. Ostatnio rozmawiałam na temat chwalenia z  Tatą Kuby i nie powiedziałam mu tego wtedy, ale myślę, że z chwaleniem to jest tak jak z głaskaniem kota, sprawia przyjemność i głaszczącemu i głaskanemu. Gdyby to ode mnie zależało zmieniłabym przysłowie na chwal dzień przed zachodem słońca, chwal dzień od rana do wieczora, a jak się przebudzisz to i w nocy.
No, ale teraz  idziemy sobie, robi się coraz goręcej, rozmawiamy, Kuba żartuje. Przechodzimy przez most, gdzieś tam pojawia się w mojej głowie pytanie, czy to ten, czy nie ten, ale idziemy dalej … idziemy dalej i nagle ja już nie rozpoznaję drogi! Przeszliśmy punkt zero! Przeszliśmy i nic się nie stało! Ja nawet go tak do końca nie poznałam! Zaraz wejdziemy do miasteczka, więc czekamy na resztę drużyny, a ze mnie spływa całe napięcie, niepokój i strach. Czuję się jakby mi ktoś powyjmował kamienie z plecaka.  Jest mi tak lekko, że mogę biec i pobiegnę wraz z młodym Wojtkiem drogą do Barcelos. Tak, dostanę skrzydeł, gdy Wojtek wyciągnie kamerę i przedstawi mnie:
- To jest Magda – i skieruje kamerę w moją stronę, a ja pomacham jak to się zwykle robi na tego rodzaju filmach.
A wtedy Wojtek powie:
- Adoptowaliśmy Magdę w Porto, a właściwie Magda adoptowała nas, bo jest od nas lepsza! Idzie jak nikt!
Uznam to za drugie pasowanie. I za deklarację, że teraz już przynależymy do siebie. Za chwilę zaczniemy biec, ja i Wojtek i będziemy krzyczeć do kamery: jesteśmy liderami!!! Jesteśmy liderami!!! I śmiać się w głos. Wbiegniemy tak do Barcelos. Mojego Barcelos. Ale zanim się tam znajdziemy, najpierw,  na początku sierpnia, będziemy śpiewać kolędy w pustym kościele w Sao Pedro de Rates, potem rozsiądziemy się na trawniku zajadając  się melonami i arbuzami, których sok będzie nam ściekał między palcami. Zjemy jeszcze czekoladę i żelki. A na koniec będziemy leżeć i poprzez liście drzew patrzeć w niebo. 
Kiedy idziemy dalej, wcale nie czuję zmęczenia, jest mi tylko bardzo przyjemnie. To jest najdłuższa trasa na naszym camino, około 40 kilometrów. Po drodze spotkamy jeszcze psa przywiązanego do drzewa i ja, Michał i Paweł, uwolnimy go odcinając linkę za pomocą komandoskiego noża Michała. To zdarzenie stanowi pewien dysonans wobec mojej opinii o Portugalczykach i Portugalii i zapomniałbym o nim, gdyby nie to, że zapisałam go w dzienniku i teraz mogę tu przywołać.
Nie zapisałam jednak dwóch innych rzeczy, ponieważ ja i Kuba  przyznaliśmy się do nich dopiero teraz, w drugi dzień świąt (o którym pisałam w poprzednim poście). Pod koniec tego dnia spieszymy się już bardzo mocno, jest późno, przeszliśmy dwa etapy, a w albergach przyjmują pielgrzymów do dwudziestej drugiej. Kuba szedł pierwszy, ja idę za nim. Tuż przed albergą jest spory podbieg. Zaczynam wbiegać na wzniesienie (z plecakiem łatwiej się wbiega niż wchodzi) tuż przed szczytem, potykam się i upadam.  Ale natychmiast podnoszę się do pionu. Wygląda to jak na kreskówkach, wyobraźcie sobie  – z leżenia na ..hymm twarzy od razu do pionu. Odwracam się szybko, czy chłopcy widzieli, co się stało.  A kiedy nie widzę za sobą nikogo, biegnę dalej.
Kuba tego wieczoru organizuje nam wszystkim pokój w alberdze. Powiem Wam, że gdyby nie on, to pewnie spalibyśmy na dworze. Ale Kuba znalazł miejsce w hostelu dla dziewczyny, którą potrącił samochód i chociaż na szczęście nic jej się nie stało, zajmowała wraz z siostrą całą siedmioosobową salę, która w sam raz nadawała się dla nas. 

Natomiast po moim wyznaniu o upadku, Kuba przyznał się, że tej nocy miał udar słoneczny, nastawiał budzik co godzinę i zażywał lekarstwa, ale wcześniej zadbał o nas wszystkich i o wiesiowe boloki.
Przed snem odmawiamy jeszcze brewiarz, w dwóch grupach na dwa głosy. Czytam te modlitwy z księżowskiego brewiarza i czuję się tak kapłańsko i tak blisko Boga, że muska mnie Jego oddech i gdybym szybko odwróciła głowę, to z pewnością zobaczyłabym, że siedzi tu w alberdze, na piętrowym łóżku razem z nami.