czwartek, 18 grudnia 2014

Bóg ma poczucie humoru



Wracajmy na Drogę. 

Zacznę od tego, że po operacji od razu wiedziałam, że muszę znowu wyruszyć, muszę przejść camino, byłam pewna, że wrócę. Planowałam wrzesień, żeby było więcej miejsca w albergach, mniej studentów, a więcej pielgrzymów w mojej kategorii wiekowej. Ale … stało się tak:
widok Porto sprzed katedry
Wygrzewam się na balkonie, jest piękny lipcowy dzień jak z wierszy księdza Twardowskiego
(w Polsce najpiękniejszy jest lipiec nad wodą …), czytam o matkach pustyni.  Na marginesie – chętnie czerpię z ich mądrości. Warto ich słuchać gdy mówią, że kiedy Bóg wprowadza nas w stan destabilizacji i zmiany sytuacji życiowej, wówczas rodzą się w duszy wspaniale psalmy. Albo, że droga do szczerej relacji z Bogiem wiedzie przez własne wnętrze. Lubię je. Szczególnie bliska jest mi Amma Sara (jej święto przypada 13 lipca, w dniu moich urodzin), która przypomina, że wzrastając w samoświadomości, wzrastamy w świadomości Boga. 

Pławię się więc w mądrości Matek Pustyni i w promieniach słońca. Te okoliczności sprzyjają, żeby być bardzo mocno w swojej duszy, odkładam książkę i zanurzam się głębiej. Czy to intuicja, czy matki pustyni do mnie przemawiają nie wiem, ale nagle doznaję olśnienia – teraz! ja muszę wyruszyć teraz! Wyraźnie słyszę caminowe wezwanie,  zrywam się na równe nogi do komputera i szukam lotów do Porto. Kupuję bilety w jedną stronę na 3 sierpnia. Kiedy dostaję potwierdzenie na maila, czuję już to przyjemne łaskotanie ekscytacji.
Jest tylko jeden problem. Kajetan jest w Rzymie, wyjadę zanim wróci, to oznacza że nie zobaczymy się przez sześć tygodniu. Dzwonię do niego wieczorem i mówię o mojej nagłej decyzji. Trochę nam smutno, że tak długo się nie zobaczymy, bo nie wiemy jeszcze, że życie znów szykuje niespodziankę.
Otóż Kajetan wraca wcześniej niż planował. Trudno się z tego cieszyć, bo okoliczności które to sprawiają są po prostu smutne, ale jednak jestem zadowolona, że się zobaczymy. I rzeczywiście szybko spotykamy się, lecz znowu sytuacja jest całkowicie niezgodna z oczekiwaniami. Przeprowadzamy rozmowę … właściwie to nie rozmowa, to monolog Kajetana. Bardzo znaczący, ważny, istotny.  Teraz już będzie inaczej. 

Pakuję się i jestem przerażona. Jestem tak przestraszona, że wszystkim w koło opowiadam o moim strachu, żeby się go pozbyć. Nic z tego, trzyma mnie za gardło. Wiem, że przejdzie mi po kontroli bezpieczeństwa, więc nie mogę się już doczekać. Będę podróżować cały dzień. Najpierw z Katowic do Barcelony, tam na lotnisku osiem godzin i potem do Porto, gdzie wyląduje o dwunastej w nocy. Nie rezerwowałam noclegu. I tak wcześnie rano wyruszę.
No to lecę. Na barcelońskim lotnisku czuję szczególną satysfakcję – poruszam się na własnych nogach, nie tylko do toalety.  Zwracam uwagę na wszystko, bo Droga już się zaczęła, mogą więc pojawić się znaki. Przez chwilę wydaje mi się, że tak, bo w sklepie na lotnisku prosto pod nogi wpada mi książka Murakamiego (tak, tak, już wtedy  miej więcej zaczęło się moje zainteresowanie Japonią), ale to chyba jednak nie to … no cóż czas pokaże.
W Porto szukam miejsca, żeby się chwilę przespać. Jest dwunasta w nocy i właśnie zamykają wszystkie kawiarnie. To dobrze, będzie dużo wolnych miejsc. Znajduję skórzaną kanapę, wyciągam śpiwór, zwijam się w kłębek i zasypiam. Budzi mnie mój własny budzik w telefonie. Przespałam całą noc. Jak bezpiecznie trzeba się czuć – myślę, żeby tak spać jak kamień na lotnisku. Moja Portugalia – mruczę – do siebie. Jest szósta rano. Początek. 

Idę się odświeżyć, twarz, zęby, czeszę włosy. Jestem gotowa. Słyszę sygnał przychodzącego smsa. Odbieram. To niespodziewany sms, który ma podobne znaczenie jak wyznanie Kajetana. Nie powiem, żeby był mi obojętny, bo w pewien sposób bardzo mnie porusza, ale dzięki temu wyruszam czysta i wolna, nie niosę żadnego bagażu emocji, ani pragnień. Nic. Jestem tylko ja i Droga. Jadę autobusem do przystanku Crystal Palace. Patrzę przez okno, wypełnia mnie radość , wdzięczność i miłość. Dalej idę, tak jak wtedy za pierwszym razem – na intuicję. I nagle wyrasta przede mną katedra. Jak mam opisać to, co czuję? To tak jakbym stała się nagle bohaterem książki, albo filmu. Jestem wzruszona. Nawet teraz jak to piszę mam łzy pod powiekami. Jestem dalej przestraszona. Ale jestem też z siebie dumna. Wróciłam, żeby zakończyć to, co rozpoczęłam rok temu. To wytrwałość, której nauczyło mnie bieganie. Ale czuję coś jeszcze – nie chcę iść sama.
Katedra jest wciąż zamknięta, a tu mam przecież dostać pierwszą pieczątkę. Muszę czekać. Siadam na schodach i wyciągam zeszyt – caminowy dziennik, który dostałam od Weroniki.
Zapisuję – jak pięknie jest w  Porto rano, w niebo wystrzeliwują wieże kościołów i pokrzykują mewy, pod katedrą zbierają się pielgrzymi, nie chcę iść sama, Boże …
I wtedy …
- Chłopaki, zbierzcie się do kupy – słyszę nad swoją głową. Młody mężczyzna usiłuje zrobić zdjęcie  grupie chłopaków po przeciwnej stronie. Oni zaczynają żartować, muszę się ujawnić, bo zaraz będą żałować, że ja rozumiem po polsku.
- Dzień dobry – mówię. I to jest jedno z najważniejszych dzień dobry w moim życiu.
Za chwilę już stoję z nimi i opowiadam o moim zeszłorocznym camino. Michał – wyraźny lider tej grupy pyta, czy mogę ich wyprowadzić z Porto skoro znam tę drogę. Jasne, chętnie się zgadzam. I ruszam na czele sześciu chłopaków. Początkowo idziemy w grupie, ale wkrótce okazuje się, że mam tempo podobne do Kuby, najmłodszego z nich osiemnastolatka. Rozmawiamy, hymn… prawdę mówiąc rozmawiamy jakbyśmy się właśnie umówili, że tu się spotkamy.  Kuba jest sportowcem, kolarzem, Mistrzem Polski. Rozmawiamy o zawodach. I Kuba opowiada mi trochę o pozostałych chłopakach, przedstawia ich. Okazuje się, że w tej drużynie jest trzech księży. I że wszyscy poznali się dopiero wczoraj, na lotnisku. A ogniwem łączącym ich jest Michał.
No pięknie – myślę sobie – masz Boże poczucie humoru – chciałam towarzystwo na camino to mam. Mnie, prezesce Fundacji Historii Kobiet na camino spada z nieba drużyna sześciu chłopaków w tym trzech księży.  Wielkie dzięki.



PS. Strasznie długi post . Skracałam jak się dało :) 
*Zapomniane Matki Pustyni. Pisma, życie i historia, Laura Swan, Wydawnictwo WAM, Kraków 2005.

piątek, 12 grudnia 2014

Bułka szczęścia



Wracałam z Raciborza. Znacznie wcześniej niż zamierzałam i w zupełnie innym nastroju niż się spodziewałam. Lubię to miasto z kilku różnych powodów, a jednym z nich jest  piękny kościół św. Jakuba, który ponoć zbudowano na miejscu słowiańskiej gontyny, poświęconej bogini Żywii.  Jungmann w „Historii literatury czeskiej” podaje, że do tej pogańskiej świątyni przybył kiedyś posłaniec księżnej z Karkonoszy, gdzie zgładzono straszliwego smoka Truta. Dziś kościół Jakuba jest cennym obiektem z przepięknym ołtarzem, figurami świętych i niezwykłą atmosferą. I oczywiście objęty opieką świętego od camino, co sprawia, że tak chętnie go odwiedzam.
Wybierając się do Raciborza oświadczam zwykle, że jadę do Jakuba, choć czasem spotykam się z kimś całkiem innym.  Tak jak i tym razem.
Było zimno, mroźno. Na raciborskim rynku piękny świąteczny jarmark. Rozgrzałam się herbatą z rumem, cytryną i goździkami. Ciepło. Zbyt szybko  minęło. Na dworcu mrok i chłód. Czekałam na pociąg dość długo i bardzo zmarzłam. Musiałam się trochę trząść, bo stojąca obok kobieta zagadnęła mnie:
Karoca na raciborskim jarmarku
- Zimno pani, co?
Przytaknęłam. Przytupnęłam na potwierdzenie. Trochę chciałam, żeby dalej ze mną rozmawiała, a trochę  jednak nie, bo smutno mi było, że tak niespodziewanie opuszczam Racibórz. Weszłyśmy w końcu do pociągu i zaczęłam szukać konduktora, żeby kupić bilet. Wtedy poinstruowała mnie, żebym poczekała na kierownika pociągu, który za chwilę nadejdzie.  I rzeczywiście zaraz się pojawił. Gdy płaciłam za bilet, mruknęła w stronę konduktora, że będziemy mieć opóźnienie. Zdziwiłam się, że taka obeznana ze wszystkim.  Kobieta  wszystko to wiedziała, bo – jak się wkrótce dowiedziałam – przepracowała na kolei prawie 30 lat. Była dróżniczką.
Usadowiłyśmy się przy oknie naprzeciwko siebie.
- Trzeba trochę czasu, żeby się zagrzać – uśmiechnęła się do mnie.
Tak – pomyślałam – a ile czasu trzeba, żeby zagrzać serce?
Ale nie zdążyłam tej kwestii rozważyć, bo na następnej stacji wsiadła koleżanka mojej towarzyszki podróży. Janina –tak ma na imię - taszczyła trzy wielkie siaty, z których natychmiast zaczęła wyciągać różne przedmioty.  
- Zobacz jaki fajny – zareklamowała misia w czerwonej czapeczce śpiewającego Merry Christmas
- Fajny, fajny – przytakiwała koleżanka i obie uśmiechały się od ucha do ucha.
-A chcesz takie perfumiki ? – zapytała wyciągając z siatki coś, co nieudolnie przypominało pantofelek Kopciuszka.
- Taki bucik – reklamowała niestrudzenie – i zapach też niezły. Po chwili przedział wypełniła gryząca woń perfum z różnych fiolek.
Na kolejnej stacji koleżanka Janiny wysiadała. Zostałyśmy same naprzeciw siebie. Uśmiechnęła się. Odwzajemniłam uśmiech.
- Zimno, co? Idzie jakiś orkan – zagadnęła.
- Zimno – potwierdziłam – i głodna bardzo jestem – nie wiem, co mi do głowy przyszło, więc szybko dodałam – liczyłam, że zjem w Raciborzu, ale się nie udało.
- A daleko pani jedzie ? – zapytała .
- Do Katowic – odparłam.
- To ja dam pani bułkę. Z  serem - oświadczyła i zaczęła grzebać w jednej ze swoich toreb. W końcu wyciągnęła tę bułkę zwiniętą w tak zwaną zrywkę. To było jej dzisiejsze śniadanie do pracy. Wzruszyło mnie to bułkowe zawiniątko.
Podziękowałam. Odgryzłam pierwszy kęs. A ona przybliżyła się do mnie, oparła ręce na kolanach i zaczęła opowiadać:
- Poznałam kiedyś w pociągu kobietę, która pracowała w piekarni. Miała czwórkę, dzieci, męża pijaka i kupę długów.  Ale z tej piekarni ją zwolnili. A ona, żeby jakoś zarobić jeździła tam nadal i nocami, gdy nie było szefowej, piekła ciasta na zamówienie, dla znajomych. To się też skończyło, bo ktoś doniósł szefowej i ta wygoniła ją z piekarni. Przyszła do mnie zrozpaczona, płakała, nie wiedziała, co ma zrobić. Ja też nie wiedziałam. Ale miałam taki kryształ w domu, mały kamień. Dałam jej go i powiedziałam, że przyniesie jej szczęście.
Janina opowiadała, ja jadłam bułkę z apetytem i z wielkim apetytem jej słuchałam, ta opowieść, jak i niespodziewana podróż zaczynały mi się podobać.
- I niech sobie pani wyobrazi, że ona wyjechała do Anglii! Znalazła pracę, kupiła sobie samochód, dzieci się wykształciły. No mąż pijak pił dalej, ale przecież z nim już nie mieszkała. Wszystko jej się udało! A wie pani skąd to wszystko wiem? – zapytała  retorycznie jak zawodowy opowiadacz.
Pokręciłam głową, jak nakazuje konwencja.
- Bo spotkałam ją po dwudziestu latach. I ona wciąż miała ten kryształ. Wyciągnęła go i powiedziała, że w trudnych chwilach zawsze trzymała go w dłoniach. I przyniósł szczęście. Kryształ, który ja jej dałam. – zakończyła zadowolona.
-O rany! – spojrzałam na ostatni kęs bułki – to może ta bułka jest bułką szczęścia?! – wykrzyknęłam pełna nadziei, że ta kobieta ma rękę do obdarowywania ludzi szczęśliwymi rzeczami.
-Oj, chyba nie – odparła Janina – chyba bułka, to raczej nie … - zamyśliła się.
Ale ja już uwierzyłam. Zaczęłam szybko w głowie eksplorować zasoby mojej torebki, co mogłabym jej dać. I przyszedł mi do głowy mój podróżny różaniec.  Wyciągnęłam, podałam.
- Niech pani weźmie – poprosiłam.
Wzięła z pewnym ociąganiem, bo krzyż to cierpienie. Ja zaś zapewniłam ją, że krzyż to zwycięstwo.
- Niech się pani nic nie martwi – rzuciła mi przez ramię na odchodnym – żaden chłop nie chciałby zostawić takiej fajnej kobitki. Będzie dobrze!
Hymmm.
Następnego dnia poszłam kupić sobie nowy różaniec.  W sklepie z dewocjonaliami powiedziałam ekspedientce, że musze sobie sprawić nowy, bo swój oddalam kobiecie poznanej w pociągu.
- Dobrze pani zrobiła – orzekła – różańce trzeba dawać, to przynosi szczęście i dającemu i obdarowanemu. Powiedziała mi to klientka, która tu przychodzi i ciągle je kupuje, bo wszystkie rozdaje.  A  pani dużo podróżuje? – zapytała.
- Tak, trochę – odpowiedziałam i zaczęłam opowiadać o moich podróżach i różańcowym hobby.
Z zaplecza przyszła jeszcze jedna pani. No cóż, nie trzeba mnie zbyt długo namawiać do opowiadania … Choć w takich okolicznościach jak te staram się oczywiście streszczać wypowiedź. Z różnym skutkiem.  Opowiadałam i opowiadałam …
- Bo każda pani podróż to jest tak trochę pielgrzymką – bardziej stwierdziła niż zapytała ekspedientka.
Tak. A na jednej pielgrzymce zjadłam bułkę szczęścia.
A poza tym:  dawanie i branie przynosi szczęście. Dawać i brać – oto jest zadanie. 

* O Kościele św. Jakuba oraz innych raciborskich świątyniach można przeczytać  w książce Grzegorza Wawocznego, Miejsca święte ziemi raciborskiej, Racibórz 2001.

sobota, 6 grudnia 2014

Nippon i barbarzyńcy



Chciałoby się powiedzieć – a nie mówiłam?!  Wszystko jest ze sobą powiązane.  A pisząc słowa „nic tu się (pozornie) nie łączy z camino, ani Portugalią, ani nawet z bieganiem, ale jednak …” nie spodziewałam się, że tak szybko przekonam się o ich słuszności. A było tak: następnego dnia po napisaniu tekstu o Murasaki postanowiłam wynagrodzić sobie trudy ostatnich tygodni kupując jakąś książkę. Niestety w księgarni okazało się, że książek, które chcę jest co najmniej osiem. Co więcej – nie umiem zdecydować, którą z nich najbardziej pragnę, więc… nie kupiłam żadnej. Ale nie mogłam wrócić do domu z pustymi rękami, dlatego wstąpiłam do antykwariatu. Lubię ten antykwariat szczególnie i zawsze mam poczucie, że to miejsce skrywa w sobie jakąś tajemnicę z przeszłości, o czym można by napisać świetną powieść.
                Weszłam do sklepu, odstawiłam siatki i zaczęłam przeglądać książki. Pierwszy wpadł mi w ręce przewodnik do oznaczania roślin polnych (dziś wiem, że wpadł mi także w serce, bo wciąż o nim myślę, choć go nie kupiłam). Uwielbiam stare botaniczne książki z pięknymi rycinami, ale o botanice nie mam zielonego (nomen omen) pojęcia, no chyba, że jest to botanika duszy. Znacie te rysunki prawda? – wspaniale odwzorowana roślina z odchodzącymi w obie strony liniami, na końcu których znajdują się nazwy poszczególnych jej części. Jak dobrze byłoby umieć opisać tak składowe uczuć! Z kronikarskiego obowiązku dodam, że zielnik roślin nadniemeńskich stworzyła Eliza Orzeszkowa, choć z pewnością mogłaby napisać i ten dotyczący uczuć. (Napiszę o tym jeszcze).
Nie tym razem – pomyślałam przepraszająco odkładając książkę na miejsce. I zapytałam o publikacje o Japonii.  Właścicielka położyła na ladzie cały stos, z którego wybrałam album o sztuce japońskiej oraz książkę Michała Derenicza z 1977 roku pod tytułem Japonia Nippon. Słowo Nippon oznacza Kraj Wschodu Słońca – jak mówili Chińczycy.  Czy nazwa ta rzeczywiście  ma swoje źródło w położeniu geograficznym Japonii, czy może narodziła się ze szczególnej czci oddawanej Amaterasu - bogini Słońca, prarodzicielki Japonii dziś już nie wiadomo. Tak czy inaczej nazwa Kraj Wschodzącego Słońca zachwyca. Tę informację znalazłam już na początku, a dalej było tylko lepiej.  Bo kiedy zaczęłam ją czytać… kiedy zaczęłam czytać – wydawałam głośne okrzyki radości – i wiedziałam, wiedziałam, że muszę Wam to opowiedzieć!
Oto pierwszymi Europejczykami, którzy pojawili się u brzegów Japonii byli Portugalczycy!!!
Amaterasu opuszczająca jaskinię
 I nie jest to specjalnie dziwne – kiedy się już wie, bo to oni byli największymi odkrywcami. Zdarzyło się to w 1543 roku, gdy chińska łódź z portugalskimi piratami na pokładzie została zniesiona przez tajfun na brzeg wyspy Tanegashima. Najprawdopodobniej był wśród nich Fernando Mendeza Pinto, który swoją podróż opisał w „Peregrinationes”. Przytoczę jego słowa „kapłani przyjmowali nas nader życzliwie, gdyż Japończycy są grzeczni i dobrze wychowani”. Fakt portugalsko-japońskich  związków niezmiernie mnie ucieszył, ale coś innego mnie zastanowiło. Portugalczycy uznali Japończyków za barbarzyńców, ci zaś Europejczyków za „dziwnych cudzoziemców”.  Barbarzyńca źle się kojarzy, to okrucieństwo, dzikość, potocznie to ktoś inny, obcy, nie taki jak my, ale także (dla starożytnych Greków) barbarzyńca to po prostu cudzoziemiec właśnie. I ta koncepcja cudzoziemskości najbardziej mi się podoba. Jesteśmy tu w nieustannej podróży (warto więc rozejrzeć się i zachwycić). Jesteśmy pielgrzymami, włóczęgami, piratami, odkrywcami, dla siebie nawzajem. Myślę, że trzeba odwiedzać swoje światy z delikatnością i szczerym zainteresowaniem. Poznawać krajobrazy duszy, a być może tworzyć  także własne przewodniki (np. Przewodnik do oznaczania uczuć ukochanego). Ale przede wszystkim trzeba wybaczać gafy i potknięcia, które wynikają raczej z inności, niż z chęci zranienia, bo wszyscy jesteśmy cudzoziemcami. Wszyscy jesteśmy barbarzyńcami.
(w ogrodzie).
PS. Kupiłam też książkę o sztuce Portugalii, opowiadania portugalskie oraz słownik czesko-polski. Ten ostatni nie mam pojęcia po co. Jeszcze.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Idź za ptakiem waka



Rzeczy (wszystkie?) są ze sobą powiązane, a niektóre spotkania bywają inspirujące, czasami miejsca, zdarzenia i ludzie odciskają na zawsze pieczęć w naszych sercach. Coś się dzieje, snuje, przeplata, drży możliwość …  aby się stało, trzeba dać się poprowadzić, a niekiedy odrobinę podbiec jak za głosem ptaka w zaroślach. Lubię to. Piszę ten wstęp trochę dlatego, żeby się wytłumaczyć, bo nic tu się (pozornie) nie łączy z camino, ani Portugalią, ani nawet z bieganiem, ale jednak …
Chobunasi Eishi, Dama dworu
A tak na marginesie – czy zdarzało Wam się iść za ptakiem? Takim co to, zaśpiewa, zakląska, przechyli głowę, odfrunie kawałek, czeka aż się podejdzie, znów pofrunie albo drepce kawałeczek i znowu poczeka … Przyznam się, że mnie się zdarza do dziś. Wciąż wierzę, że zaprowadzi mnie … no właśnie, że zaprowadzi mnie gdzieś, w sam środek niezwykłej przygody, a potem oczywiście, jak już wykonam wszystkie zadania i pojawię się znów jako bohaterka, będę żyła długo i szczęśliwie.
Ale wracając do tematu. Otóż nigdy w życiu nie interesowałam się Japonią, nic, a nic. No może „Ostatni Samuraj” mnie urzekł, ale naprawdę nic poza tym (Mulan była Chinką – oczywiście, więc odpada).  Niedawno jednak rozczytałam się w  blogu, który częściowo traktuje o Japonii i właśnie te wpisy zaczęły mnie fascynować. Czekałam z niecierpliwością aż pojawi się nowy post. Teksty były bardzo ciekawie napisane i właściwie zakładałam, że czytam je z powodu walorów literackich, a nie tematu. Aż do momentu, gdy na wystawie antykwariatu nie zauważyłam książki z japońskim rysunkiem, weszłam, żeby ją obejrzeć. Notka na okładce głosi, że to powieść o Murasaki, autorce pierwszej powieści. Wyobrażacie sobie – autorką pierwszej powieści na świecie była kobieta! Fascynujące, oczywiście natychmiast ją kupiłam. Książkę Lizy Dalby „Opowieść Murasaki” czyta się świetnie. Dla mnie jako założycielki Fundacji Historii Kobiet powieść o pierwszej autorce pierwszej powieści jest już nie lada gratką, a tu jeszcze wartością dodaną jest Japonia. Wy to pewnie wiecie, ale ja nie miałam pojęcia, że Japonki czerniły zęby, aby dobrze wyglądać. Albo, że haiku jest skróconą wersją waka – ten wiersz składa się pięciu wersów o określonej liczbie sylab według formuły 5-7-5-7-7. Waka jest więc o wiele trudniejsze i o wiele bardziej mi się podoba. Murasaki komunikuje się ze swoimi przyjaciółkami, rodziną, z mężczyznami, którzy jej się podobają właśnie za pomocą tych wierszy. Co za wyjątkowa sztuka, trzeba przecież nie tylko umieć napisać, ale i zinterpretować wiersz, na przykład taki:
Niepewna, czy
naprawdę to się zdarzyło,
O szarym świcie
z trudem dostrzegam
kwiaty powoju*
Spróbujcie, podpowiem, że ten wiersz jest korespondencją z pewnym pułkownikiem.
Moim zdaniem jest w tym coś niezwykle ekscytującego, podniecająca niepewność, czy moja interpretacja jest trafna. I czy adresat też właściwie odczytał treść.  I tak sobie myślę, czy przypadkiem życie nie podsyła nam takich waka, a zadanie polega na tym, żeby właściwie je rozszyfrować? Wiecie o co chodzi, te wszystkie cytaty a propos, które akurat pojawiają się na fb, książki, które wpadają w ręce, opowieści analogiczne do naszej historii, spotkani ludzie, nieoczekiwane wydarzenie, niespodzianki.  Ja mam takie poczucie, że wciąż otrzymuję waka i czasami bardzo się biedzę nad interpretacją, innym razem – w lot pojmuję, co mi chce powiedzieć, a bywa i tak, że męczę się w niepewności podobnej do zakochania.
Murasaki pisze „Opowieść o księciu Genjim”  - idealnym  kochanku i jego licznych wspaniałych damach. Liza Dalby zaś pisze o Murasaki Shikibu, kobiecie, która poszła za własną legendą, a trzeba mieć na względzie, że jest to mniej więcej 1000 rok. To nie była łatwa droga, można nawet powiedzieć, że to kręta i ciężka ścieżka serca. Ale  nie ma żadnych wątpliwości, że warto było nią pójść. Postać Murasaki fascynuje mnie nie tylko ze względu na jej pisarską profesję, a nawet nie z powodu jej życiowych wyborów, ale dlatego, że Dalby przedstawia ją jako osobę o wielkiej namiętnej duszy, która kocha ludzi i życie. Kocha swoją przyjaciółkę i córkę – ogromną i szczerą miłością, kocha ojca i męża równie namiętnym uczuciem, ale kocha także regenta Michinagę i Chińczyka Ming-gwoka. I każde z tych uczuć jest nieskazitelnie czyste. Wspaniałe. Chodzi o tę miłość, o której już tu pisałam, o taką miłość do wzięcia, która spada na ciebie jak ciepły prysznic. Po prostu jest.  Którą można ująć tak:
Czyż można myśleć
że Japonia jest także
miłością serca?
jest miłością lecz nie jest
różą nie jest różą nie
Ogromnie cieszę się z tego odkrycia. I pomyśleć, że gdybym nie pobiegła za tym ptakiem, nie znalazłabym dla siebie Japonii. Teraz już wiem i przyznałam się do tego przed Zuzanną, Japonia mnie woła, wiem, że muszę się tam wybrać. Ze względu na Murasaki i … nie tylko.

*Liza Dalby, Opowieść Murasaki, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2004.
rysunek Chobunasi Eishi, Dama dworu, Z serii Trzydzieści sześć poetek z książki Sztuka japońska w zbiorach polskich, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988,
Murasaki należy właśnie  do zaszczytnego grona 36 Mistrzyń Poezji.

I adres bloga, o którym wspominałam www.jodlowanie.pl –  profesjonalnie o Japonii ;), choć znajdziecie tam też inne wpisy. Polecam 

niedziela, 30 listopada 2014

Uważaj na siebie i cieplej się ubieraj




Mam jeszcze kilka dobrych wspomnień z tego duchowego portugalskiego camino, które właściwe trwało jeszcze po powrocie do Polski. Fernando odwiózł mnie do Santiago i wsadził do samolotu. W Barcelonie, gdzie przesiadałam się na samolot do Pyrzowic pierwszy raz w życiu krzyczałam po angielsku, gdy obsługa lotniska nie chciała mnie zawieźć do toalety. I tak najpierw wylądowałam w Pyrzowicach, a potem w szpitalu.  Tutaj – doktor diagnosta (wierzcie mi o niebo lepszy od House’a, równie inteligentny, lecz nie tak złośliwy) zrobił mi usg i rtg i okazało się, że mam zastarzałe złamanie kości udowej z przemieszczeniem! Dlatego miałam krótszą nogę! Z tego powodu nie mogłam chodzić! Mam przed oczami ten obraz ze wszystkimi szczegółami - doktor mówi do mnie bidulka! I sprowadza innych doktorów, którzy natychmiast się zaczynają mną zajmować. Okazuje się, że muszę mieć endoprotezę. Domyślacie się pewnie, że moje pytanie brzmi – Kiedy będę mogła biegać? Pytam o to wszystkich doktorów, których spotykam, a oni cierpliwie … nie odpowiadają na moje pytanie. Uważają, że powinnam je zdać dopiero roku po operacji. Jednak ja znacznie wcześniej przekonam ich, że nie tylko mogę, ale i powinnam biegać i będzie to moją najlepszą terapią. Dzięki Wam Doktorzy! Jesteście najlepsi! Wszyscy razem i każdy z Was z osobna. Anestezjolog podczas operacji głaszcze mnie po policzku, podczas gdy ja dzwonię zębami ze strachu. Mój doktor diagnosta przychodzi na oddział dowiadywać się co u mnie i jak się czuję. A ja powiem Wam – czuję się tak dobrze jak nigdy dotąd! Tak. Czuję się wspaniale. Czy noga mnie boli? Bardzo. Rehabilitant Marcin uczy mnie chodzić najpierw z balkonikiem, potem o kulach. Do dziś pamiętam – noga zdrowa, noga operowana. Potem siedzę w domu i opisuję co mi się przydarzyło. Wspominam. Teraz też przypominam sobie właściciela restauracji w Baercelos, który posłodził mi kawę, Zbyszka, który przyjechał na rowerze, żeby ze mną porozmawiać, Nuno, który pokazywał mi zające biegające po ogrodzie, a ja uznałam je za swoje zwierzęta mocy i symbol mojej duchowej odnowy. I jeszcze kolacja  z senhorem Fransisco (pamiętacie wraz z Nuno zabrał mnie z albergi) i lekcja portugalskiego, podczas której zaśmiewałam się do rozpuku:
Casa – mówił Fransisco
- Dom – odpowiadałam
- Gato – wskazując na pobocze, którym maszerował kot.
- Kot – graliśmy w tę śmieszną polsko-portugalską wyliczankę, choć pewnie nie zawsze słowa nam się zgadzały.  
- Pojeździmy sobie trochę, czy wracamy do domu? – zapytał nagle senhor Fransisco
- Pojeździmy – powiedziałam – a co mi tam – choć tylko domyślałam się o co chodzi. A on śmiał się z mojej odpowiedzi i wskazywał na moją chorą nogę.
- Do domu – mówił kiwając palcem karcąco jak na niegrzeczną dziewczynkę. Co miało pewnie znaczyć, że powinnam odpocząć, ale ja bym tak pojeździła tej nocy! Tak mi było przyjemnie żartować po portugalsku! Taka się czułam nieograniczenie wolna i czule zaopiekowana.  Po tamtym doświadczeniu absolutnej bezradności w alberdze w Barcelinos, poczucie że wszyscy się mną zajmują było czymś wspaniałym. To oddanie się i otwarcie serca przyniosło poczucie nieograniczonej obfitości i pełni. Dziś myślę o czymś jeszcze – że to nasze najważniejsze zadanie – dbać o siebie nawzajem.
Całkiem niedawno osoba,  z którą się spotkałam, pożegnała mnie słowami – „uważaj na siebie i cieplej się ubieraj”. Podobały mi się te słowa i cały czas je w sobie noszę, bo wciąż dają mi poczucie, że świat się o mnie troszczy, że jestem pod ochroną, że nie wiem jak będzie, ale wiem, że będzie dobrze.